Skubas – “Wilczełyko”

Skubas – “Wilczełyko”
Kayax/2012

Piękne melodie, trochę nostalgii i bardzo dużo akustycznej gitary.

Skubas nie jest muzycznym “świeżakiem”. Do tej pory współpracował z artystami sceny popowej i hip-hopowej, m.in. z Noviką i Andrzejem Smolikiem (który na “Wilczymłyku” zajął się masteringiem). Na swoim autorskim albumie sięgnął jednak po stylistykę odmienną od tych, z którymi był dotychczas kojarzony. Rozczaruje się ten, kto widząc nazwisko Smolik na odwrocie płyty, na krążku spodziewa się gładkich, popowych melodii i elektronicznych dźwięków, bo zwłaszcza tych ostatnich jest tutaj niewiele.

Już pierwsze takty “Nie pytaj” trafnie odzwierciedlają klimat podróży, w jaką Skubas zabiera słuchaczy swojej autorskiej płyty. A jest to podróż trochę wstecz, w krainę akustycznych melodii z posmakiem retro i piosenek, które niemal natychmiast zaczyna się śpiewać. Balladowe, niespieszne kompozycje dominują na “Wilczymłyku”. Od wspomnianego, otwierającego album “Nie pytaj”, przez “Mgłę”, singlowego “Linoskoczka” oraz we wszystkich anglojęzycznych kompozycjach po kończące “Rain Song” tkwimy w klimacie muzycznego slow-motion: powoli umykających dźwięków i kryjących się za nimi historii. I takie tempo, przerywane od czasu do czasu rytmicznie wyklaskanym “Więcej nieba” albo trochę buntowniczym “Prawie jak Kurt”, wydaje się najwłaściwsze. Nie nudzi, a pozwala dostrzec dźwiękowe detale i słowne niuanse.

Dzisiaj rzadko się tak gra – bez nadmiaru bodźców, subtelnie i z tak niewielką albo tak niesłyszalną ilością prądu. Całość brzmi trochę jak Bon Iver albo jak… Grechuta. Dlaczego Grechuta? Skubas momentami zmienia się we współczesnego barda, snującego opowieści o ludziach i stanach przy delikatnym akompaniamencie gitar, kontrabasu i bębnów. Do tych opowieści zakradają się emocje, fragmenty codzienności, osoby bliskie i dalsze, a wszystko to opowiedziane słowami dalekimi od banału.

Katarzyna Wojtasik