Sleepercar – “West Texas”

sleepercar.jpg Sleepercar – “West Texas”

Jim Ward z wiekiem wyraźnie mięknie. Zaczynał od grania w At the Drive-In, gdzie wznosił na wyżyny post-hardcore, potem szefował powstałej na jego zgliszczach Sparcie, która początkowo była bliska AtDI, a pod koniec powędrowała w rejony alternatywnego rocka, następnie, gdy Sparta zawiesiła działalność, wydał solową, akustyczną EP-kę, a rok 2008 spędził ze swoim nowym projektem, alt-country’owym Sleepercar.

Moje pierwsze spotkanie z tym albumem było krótkie i burzliwe. At the Drive-In kocham, Spartę uwielbiam, “Quiet EP”Jima bardzo mi się spodobała, a jednak Sleepercar za pierwszym podejściem znudził mnie i odrzucił. Pewnie dlatego, że, mimo że wiedziałem, czego się mam spodziewać po “West Texas”, to jednak nie byłem na to przygotowany, a może po prostu nieuważnie słuchałem, nie wiem. Jednak, jaka by nie była tego przyczyna, obraziłem się na Warda.

Do “West Texas” wróciłem całkiem niedawno w związku z nadchodzącym końcem roku i podsumowaniami. Chciałem ją sobie po prostu odświeżyć. I wtedy zaskoczyło, kupiłem nowe oblicze Warda.

Zacznijmy od tego, że to płyta niespieszna, może nawet senna, a jeśli pojawiają się szybsze piosenki, to na zasadzie wyjątków (właściwie tylko “Sound the Alarm”). W końcu w zachodnim Teksasie życie płynie inaczej niż, na przykład, w Nowym Jorku, tu nikt się nie spieszy, na wszystko ma czas. Zresztą ten brak pośpiechu jest jedną z większych zalet tego albumu. Na chwilę można zapomnieć o pędzącej rzeczywistości i przenieść się na prerię, zobaczyć oczami wyobraźni te ogromne połacie terenu, na których nie uświadczysz ludzkiej dusz.

“West Texas” to także album głęboko zakorzeniony w tradycji amerykańskiego rocka. Pojawiają się odniesienia do Bruce’a Springsteena, Neila Younga (“All Will End Well”), a z młodszych zespołów do Pearl Jam (“Wasting My Time”), także w sposobie śpiewania Jima – podobną manierę mają Eddie Vedder i Springsteen. Dość zaskakujące okazują się skojarzenia z solową płytą Stone’a Gossarda z Pearl Jam, mniej -  te, które kierują się w stronę solowego Veddera.

Elementy country to przede wszystkim wykorzystywanie gitar akustycznych i chyba najbardziej charakterystycznego instrumentu dla country (może poza banjo), czyli pedal steel guitar, która nadaje tej muzyce tego południowego posmaku.

Najbardziej wpada do głowy “Wednesday Nights”, zgodnie z nazwą nocne, ale kojące. Ciekawym zabiegiem jest dodanie dyskretnych damskich wokali w kilku piosenkach, a zaśpiewane przez kobietę wersy “You Should Run” to jeden z najmocniejszych punktów płyty. Wspomniane już “Sound The Alarm” to przebłysk Sparty, z rwanymi gitarami i szybszym tempem, Sparta pojawia się też w wielogłosach w “Kings of Compromises”.

“West Texas” nie jest płytą, która zapewni Jimowi Wardowi miejsce w historii rocka, zresztą on nie musi nagrywać już legendarnych płyt, ma już jedną na koncie (“Relationship of Command”). Teraz wystarczy, by nagrywał płyty nieschodzące z pewnego poziomu. I “West Texas” ten poziom utrzymuje.

Michał Wieczorek