Spięty – “Antyszanty”

spiaty-antyszanty.jpg Spięty – “Antyszanty”
Antena Krzyku/Opensources/2009

Kolejny świetny album, o którym nikt poza “wtajemniczonymi” nie usłyszy… Szkoda, bo Hubert “Spięty” Dobaczewski serwuje to, w czym jest najlepszy i z czego jest już znany.

Lider Lao Che od pewnego czasu wspominał o solowym albumie. I słowo ciałem się stało. “Antyszanty” ujrzały światło dzienne w połowie listopada. I jest to album w pełni solowy. Autorski. Spięty nie ograniczył się do przygotowania tekstów i muzyki, tylko całość w zasadzie sam nagrał (nie licząc ukulele i akordeonu) i w większości wyprodukował. W efekcie otrzymujemy bardzo spójne dzieło.

Oto więc Spięty zabiera nas w rejs. Choć sporo czasu spędzimy na poszukiwaniu tanich barowych uciech na lądzie, bo w końcu “nie ma to jak gorąca cipka i jeden głębszy” w “Opuszczonych portach”. Jak już znajdziemy się na morzu, to będziemy mieć masę czasu na przemyślanie życia i śmierci. No, ale o zabawie nie zapomnimy, w końcu za morski wysiłek się ona należy, a śmierć – cóż – “jak chłop nie je miętki, nie gamoń, nie pizda, to na przemijanie chłop takowy gwizda“. W szale zabawy wszystkim zażyczymy “Mele kalikimaka!”. I w sumie, “kurde, szkoda, że Cię tu dzisiaj z nami nie ma…“.

Tak, Spięty jak zwykle bawi się słowem i tematyką, mieszając niby poważne przemyślenia z rubasznym i jurnym humorem, wszystko to zalewając ironicznym sosem. Satyra króluje. Za to muzycznie bez fajerwerków – co nie oznacza, że źle. Ascetyczne aranżacje, łączące dźwięki instrumentów (głównie gitara i bębny, ale też ukulele, tamburyn, akordeon) z delikatną elektroniką. Wraz z warstwą werbalną daje to bardzo ciekawy klimat – czasem naprawdę czujemy się, jakbyśmy oczekiwali na rejs w jakiejś portowej spelunie. Daleko tu raczej do szant (może oprócz “Haba haba i ding ding dong”), widać, że to jedynie była inspiracja. Jakąkolwiek dynamikę usłyszymy w “Ma czar karma”i “Kalikimaka” (najbardziej pozytywny utwór… że aż się człek uśmiecha słuchając go). Ciekawostką są też rytmy reggae w zamykającym album “Szkoda”.

Debiut solowy Spiętego wypada znakomicie. Z każdym kolejnym przesłuchaniem płyty w takiej ocenie się utwierdzam. Choć brak tu rozbudowanych aranżacji, to słowa rekompensują wszystko. Tekstów tych nie słucha się lekko i bezrefleksyjnie – one zmuszają do myślenia; a najlepsze jest to, że ciągle można w nich odkryć nowe smaczki. Jak dla mnie: jeden z najlepszych albumów tego roku.

Marcin Szczepanek