Strachy Na Lachy – “!TO!”

Strachy Na Lachy - “!TO!”
SP Records/2013

Powyżej średniej.  Znowu.

Nigdy nie potrafiłem pojąć, co jest takiego fajnego w maniakalnym wbijaniu szpilek w Strachy Na Lachy (wcześniej Pidżamę Porno) i jeszcze większe problemy miałem z tymi, którzy z naśmiewania się z gustu fanów zespołu uczynili ważny element swojego życia. Oczywiście, nie ma obowiązku szanowania tej kapeli, ale jakieś granice jednak istnieją. Swego czasu zauważyłem bowiem, iż na portalu, gdzie można oceniać płyty, najniższe noty przyznawano SNL na długo przed premierą. Po co? Nie wiem. Wyrażać opinię na temat albumu, którego się nie słyszało to oznaka bycia “alternatywnym” czy głupim?  W takich momentach przypomina mi się zawsze człowiek, który ze wszystkich sił krytykuje i ośmiesza w internecie innych ludzi, ale jednocześnie bezwstydnie wrzuca do sieci klipy, gdzie z kolegą bezsensownie plumka na gitarze w otoczeniu świecidełek z choinki. Przykłady tego typu ludzkich dramatów można mnożyć, ale nie miejsce i nie czas na to. Po co ten wstęp? Niech posłuży jako inwokacja do wyznania, które wiele osób mogłoby zakłuć w oczy, a i pewnie uśmiech politowania  z tej okazji mógłby się pojawić na kilku twarzach: oto twierdzę bowiem, że Grabaż wielkim artystą jest, a na polskim gruncie wręcz wybitnym. Wiele z rodzimych kapel, które np. pojawiają się na Off Festivalu Grabowski zjada na śniadanie, bo przewyższa ich inteligencją, talentem czy wrażliwością. Być może trudno w to niektórym uwierzyć, ale da się z taką opinią żyć.

Najnowszy album SNL to konsekwentne podążanie tą samą ścieżką – choć z ręką na sercu przyznaję – w porównaniu do “Dodekafonii” zdecydowanie mniej mnie tu rzeczy rusza (nie może to jednak dziwić, bo przecież “płytę życia” nagrywa się tylko raz). “!To!” być może nieco bardziej zbliża się do klimatów proponowanych kiedyś przez Pidżamę Porno, bo też gitary odgrywają tutaj kluczową rolę, a klawisze i różnego typu przeszkadzajki stanowią raczej tło. O prostocie brzmieniowej, charakterystycznej dla poprzedniego zespołu Grabaża, nie ma jednak mowy. Talent do pisania przebojów Grabowski posiada niewątpliwy i daje temu wyraz kilka razy. Nie ma tutaj wprawdzie piosenek, które będzie śpiewać cała sala (co najwyżej dwie trzecie sali), ale chyba taka przyświecała temu albumowi strategia. Jest różnorodnie – ckliwie, radośnie, wściekle, urzekająco, ale i momentami nudno. Jeśli całym sobą jestem na ‘tak’ przy utworach takich jak “Gorsi”, “Za stary na Courtney Love”  to niekoniecznie przemawiają do mnie irytujący lirycznie i muzycznie antyhejterski hymn “I Can’t Get No Gratisfaction”  czy jakby dorzucony na siłę bezwyrazowy “Jaka piękna katastrofa”. Przeciwników SNL do zapoznania się z albumem raczej nie będę namawiał, bo rozwoju songwriterskiego nie sposób tutaj zauważyć, a tradycyjnie całość podporządkowana jest warstwie lirycznej.

“!To!” w warstwie tekstowej nie przynosi także żadnych rewolucyjnych zmian. Po raz kolejny otrzymujemy zestaw piosenek “o Polsce i o złej miłości”. Czasami jest błyskotliwie (“Sympatyczny atrament”), mądrze (“Gorsi”), czasami pięknie (“Za stary na Courtney Love”,  “Żeby z Tobą być”), a kiedy indziej może zbyt wymyślnie (“Bankrut… Bankrutowi”), za bardzo bezpośrednio i mściwie (“I Can’t Get No Gratisfaction”), ale nigdy bzdurnie (o braku umiejętności gotowania tu nie usłyszymy). Oczywiście Grabaż nie pozbył się swej maniery głosowej, która dla tak wielu osób jest nie do przeskoczenia, ale w przeciwieństwie do wokalistów setki innych polskich zespołów doskonale zdaje sobie z tego sprawę (podkreślał to w wielu wywiadach) i nie wkracza w rejony, gdzie odpowiednią reakcją dla słuchacza jest zasłonięcie uszu. Problem polega na tym, że w kilku momentach na “!TO!” bawi się w deklamowanie (“Bloody Poland”), a to już brzmi naprawdę słabo.

“!To!” przyniosło mi trochę frajdy, ale nie widzę potrzeby, by sięgać po album zbyt często. Moje gusta muzyczne poszły nieco inną drogą, ale prędzej zrozumiem tych, którzy uznają, że to kolejna ważna płyta niż tych, którzy obrzucą ją błotem. Wysoko postawiona poprzeczka nie została strącona, ale też skok jakiś taki mniej efektowny i przemyślany się okazał.

PS Na koniec jeszcze proroctwo. Wcale się nie zdziwię, gdy banda grafomanów, korzystając ze swojego nędznego portaliku, w tym roku wymyśli, że oprócz zabijania starych poetów, konieczne jest również morderstwo podstarzałych muzyków, zmieniając tym razem nazwisko Świetlicki na Grabowski. Oby tylko finał tej historii nie był tak tragiczny jak przy poetach…

Michał Stępniak