Suede – “Bloodsports”

Suede - “Bloodsports”
Suede Limited/2013

Taki powrót to ja rozumiem.

Rok 2013 można już oficjalnie uznać za rok wielkich muzycznych powrotów. Najpiękniejsze w tym jest to, że ci “odkurzeni” nie tylko poprawiają swój stan konta, znajdują lek na nudę czy robią to z bardziej ambitnych pobudek, ale także pokazują młodym miejsce w szeregu. Suede w znakomitym stylu dołącza do My Bloody Valentine i Davida Bowie.

“Bloodsports” to pierwszy album zespołu po jedenastoletniej przerwie. W wywiadach Brett Anderson podkreślał, że kluczem do powrotu był fakt, iż poprzednia płyta “A New Morning”, najłagodniej rzecz ujmując, stanowiła wypadek przy pracy. Wokalista pokusił się nawet o stwierdzenie, że samo jej wydawanie było błędem. Muzycy wspólnie uznali, że nie ma opcji, by w ten sposób historia się skończyła. Można w te słowa wierzyć, można nie wierzyć. Nie ulega jednak wątpliwości, że przez to zamierzchłe potknięcie potrzeba było wysiłku zdecydowanie większego, by udowodnić teraz, że potencjał ciągle w Suede tkwi. Kilka miesięcy temu Anderson zapowiadał, że jeśli nie stworzą czegoś wielkiego, to powrotu nie będzie. Cóż, udało się.

Na nowym albumie Suede nie proponują rewolucyjnych zmian i czerpią garściami z tego, co udało im się w przeszłości stworzyć najlepszego. Psioczenie o staniu w miejscu, w tym przypadku, byłoby jakimś farmazonem. Stylistycznie płyta lokuje się najbliżej “Dog Man Star”, zahaczając momentami o przebojowość “Coming Up”. O brzmienie zadbał stary, dobry znajomy Ed Buller, który odpowiadał również za trzy pierwsze albumy zespołu. Można więc stwierdzić – powrót do przeszłości pełną parą. Już od początkowego “Barriers” otrzymujemy namacalny dowód, że Suede potrafią umiejętnie łączyć zwrotki z refrenami. Zero nudy i mnóstwo satysfakcji. Tutaj nawet sprawdzone patenty mogą cieszyć. “It Starts and Ends With You” czy “Hit Me” to ukłon w stronę przebojów w stylu “Trash” czy “Beautiful Ones” i choć nie mają aż tak wielkiego hiciarskiego potencjału, to i tak ich chwytliwość przyprawia o mocniejsze bicie serca. W pewnym momencie można zdać sobie sprawę, że nawet za genialnymi gitarowymi pomysłami Bernarda Butlera nie wypada tęsknić, bo Richardowi Oakesowi  nie jest już tak daleko do mistrza. Suede na “Bloodsports” nie próbują jednak udawać dwudziestolatków i proponują w przeważającej części nieco bardziej melancholijne  oblicze.  Gdybym miał naście lat to prawdopodobnie przy “Sabotage” czy “What Are You Not Telling Me?”, po spiciu kilkunastu kieliszków mocnego alkoholu, łzy ciekłyby mi ciurkiem. Druga połowa albumu, przepełniona bardziej spokojnymi piosenkami, to prawdziwy pokaz umiejętności wokalnych Andersona. Przy “Always” dość łatwo o wniosek, że to “jakiś zupełnie inny poziom”, dla większości nieosiągalny.

W książce “Śmiertelność” Krzysztofa Vargi jest taki fragment: “Muniek zachwyca się ostatnią płytą Suede. Cytuje fragment utworu “Lazy”: But you and me, all we want to be is lazy, you and me so lazy. To jest motto całej płyty, mówi, ale też myślę, że najdoskonalsza definicja utopii, do której uparcie, mimo niemożności jej osiągnięcia, trzeba dążyć”. Trudno się nie zgodzić i z “Bloodsports” w słuchawkach zrealizowanie celu  staje się bardziej prawdopodobne. Poza tym z podniesioną głową znów można być fanem “pedalskiej muzyki”. Britpop pięknie nam zmartwychwstał.

Michał Stępniak