Relacjeprzemek

Suuns + Jerusalem in My Heart – relacja

Relacjeprzemek

Suuns + Jerusalem in My Heart – relacja
22.10.2015/Warszawa

Koncert na dwa zespoły i cztery projektory.


Na początku będzie narzekanie – bo już wchodząc do Teatru Dramatycznego w poszukiwaniu miejsca koncertu poczułam niepokój. Cafe Kulturalna nie robi dobrego wrażenia – to znaczy, jako Cafe jak najbardziej, ale jako miejsce na koncert zupełnie nie. Ciasno, no i to nie knajpka z rodzaju tych, które wydają się od razu naturalnym koncertowym miejscem, ale lokal o charakterze również restauracyjnym, co przywodzi skojarzenie grania do kotleta. Suuns i Jerusalem in My Heart do obiadu? Dziękuję, to już wolę na wynos. Na szczęście stoliki usunięto i finalnie było odrobinę lepiej, ale woń potraw i nieustanne rozmowy podczas występu supportu świadczą o tym, że lepiej, gdyby Cafe jednak została Cafe, przyjmując do siebie dyskusje pospektaklowe, a nie alternatywnych muzyków.

Na szczęście muzyka broni się sama i w najlepszych momentach jest w stanie przenieść słuchacza daleko od jakichkolwiek sal koncertowych, i to się udało, nawet pomimo tego początkowego darcia ryja kilku tradycyjnie obecnych jednostek, które zapomniały, po co tam przylazły. Jako support zagrał Radwan Ghazi Moumneh, czyli część głównego duetu z Jeruzalem w sercu. Jego niesamowite hałasy w bliskowschodnim stylu generowane przez sprzęt elektroniczny, buzuki i okraszone emocjonalnym zaśpiewem mieliśmy już okazję usłyszeć rok temu podczas Off Festivalu. Tym razem było niemniej intrygująco i klimatycznie.

Główny punkt programu to już same cudowności – wszystko to, co stanowi Jerusalem in My Heart + wciągająca energia Suuns. Po supporcie został nie tylko Radwan i jego ekwipunek, ale także jego kolega stojący na stole po przeciwległej stronie sali. Obsługiwał on projektory na taśmę filmową, momentami zupełnie kradnąc show – w końcu muzycy wyginający się z instrumentami to atrakcja spotykana znacznie częściej, niż facet uwijający się za czterema takimi maszynami. Przeglądał wiszące za nim naręcza taśm w poszukiwaniu tych właściwych, aby ze wszystkich utworzyć spójny tematycznie obraz wyświetlający się za grającymi, wybrane taśmy przytrzymując czasem w ustach. Dzięki niemu koncert przerodził się w audiowizualne widowisko.

Muzycznie było tak, jak to zapowiada doskonała płyta projektu – hałaśliwy Jerusalem dostaje skrzydeł w postaci wkręcającego się pod skórę, zalatującego krautrockową motoryką beatu Suuns. Gitary pomagały kierować strumieniem elektroniki i unosić słuchaczy coraz wyżej albo rzucać coraz głębiej. Zabawy ze zmianami tempa i głośności zawsze prowadziły do transu i uniesienia aż do końca kolejnego utworu. Materiał z krążka nabierał na żywo rumieńców, barw i dał się wyginać w improwizacjach. Głos Radwana doskonale wtapiał się w gitarowe riffy, jego elektroniczne hałasy przeplatały się z pulsującymi rytmami perkusji. Czasami gitary kłóciły się z tą sekcją, zmierzając gdzieś w inną stronę, ale wbrew pozorom wciąż wszystko było pod kontrolą, tworząc nieco dysonansową, jednak wciąż przyjemną całość.

Na koniec wreszcie usłyszeliśmy wokal Bena Shemiego, o wiele wdzięczniejszy od zawodzeń Radwana – zabrzmiała delikatna “Leyla”, w finale przechodząca w ”3attam Babey” roznoszące energią. Najlepszego utworu, który rozbrzmiał ze sceny tej nocy, próżno szukać na płycie, ale udało mi się wytropić te zmuszające do ruchu dźwięki w serwisie YouTube:

Suuns + Jerusalem in My Heart to zdecydowanie jeden z najfajniejszych i najciekawszych pomysłów na kolaboracje oraz projekt, który na pewno warto zobaczyć na żywo. Zwłaszcza, że cały pomysł nie wydaje się być długotrwałym patentem – po tym odświeżającym eksperymencie czekam na nowy album regularnego Suuns.

Katarzyna Borowiec