Relacjeprzemek

Sziget Festival – relacja z dnia piątego i szóstego

Relacjeprzemek

Sziget Festival – relacja z dnia piątego i szóstego
Budapeszt/11-18.08.2014

Trochę staroci, trochę nowości i dużo kultury.

Jak na każdym festiwalu, są artyści, którzy pojawiają się tam prawie co roku. Po koszulkach festiwalowiczów z poprzednich edycji można śmiało wywnioskować, że takimi gośćmi są na przykład The Prodigy i Placebo – co też sami i drudzy zaznaczyli. Nie zmienia jednak faktu, że publiczność przyszła w środę w dużej mierze dla nich. Podczas koncertu Prodigy panował jeszcze większy tłum. Jak przy Placebo jestem w stanie zrozumieć to niedawno wydanym albumem, tak przy Prodigy tego nie rozumiem. Wiadomo, każdy zna co najmniej kilka ich piosenek, ale obserwowane od kilku lat odcinanie kuponów od dotychczasowych dokonań tego zespołu każe mi się nad taką postawą co najmniej zastanowić. Po raz kolejny.

Mniej zastanawiająca natomiast jest Kelis i jej koncert. Podczas gdy polska publiczność masowo kojarzy ją z jednego hitu, “Trick me” z 2004 (!) roku, artystka wydała od tego czasu 3 albumy, w tym jeden w tym roku. Zdecydowanie dojrzalsza niż jeszcze 10 lat temu, z bardziej rozbudowanym zespołem i instrumentarium na scenie, elegancka, bardziej musicalowa. Kelis w wersji dorosłej.

Zawsze w wersji dorosłej, w dodatku tak starym, jak moje początki nauki angielskiego jest Manic Street Preachers. “The Love of Richard Nixon” znałam swego czasu na pamięć, zaniedbując następnie kolejne albumy. Może i dobrze, bo nie porywają tak, jak te sprzed kilku lat. Występ dali poprawny, ale nie porywający, poza singlowymi “If You Tolerate This…”, “Your Love Alone…” i jeszcze kilku innych. Bardziej już porywające było puszczanie baniek mydlanych. A skoro już o bańkach mowa: tego chyba żaden polski festiwal jeszcze nie ma: co dzień w czasie festiwalu, koło 19:00 lub później, były dodatkowe atrakcje. 20 000 balonów, flag party, piłki plażowe – wszystko na koszt organizatora. Oczywiście wymagało siły, energii i sprytu, żeby dopchać się do furgonetki, która przywiozła tysiące balonów wypełnionych helem, z logo festiwalu, czy żeby dostać flagę. Łatwiej było przyjść z flagą swojego kraju i powiesić ją na kijku z pobliskiego lasku. Krzywo, nie do końca elegancko, ale dumnie. Dumnie wyglądały jednak balony na festiwalowym niebie. Niektóre przyczepione do kubków z piwem, niektóre z maskotkami. Color Party widziane zza sceny przypominało wznoszący się nad nią dym. Na chwilę zniknęło z oczu nawet młyńskie koło, będące punktem orientacyjnym całego festiwalu.

Wielkim zaskoczeniem i zachwytem, ale pod względem muzycznym, był występ Wild Beasts – w połowie przedostatniego dnia w namiocie. Po części pewnie dlatego, że przynieśli ukojenie – w końcu to szósty dzień festiwalu. Szósty dzień biegania w kółko między mniejszymi i większymi scenami, od opery po Korna, od strefy gastro do plaży. I w końcu koncert, gdzie można spokojnie usiąść wyprostować nogi i wsłuchać się w niski głos, w syntetyczny, rytmiczny, kojący rytm. Ich koncert był jedną z perełek końcówki festiwalu.

Odpoczywać i rozwijać się kulturalnie można było też w drugim końcu (dosłownie!) wyspy, gdzie zorganizowano strefę sztuki. Trzeba było minąć ogromne koloseum z europalet, do którego wchodziło się przez paszczę wilka. Czy ktoś widział tak pomysłowo, tanio i pięknie zrobioną scenę DJską na festiwalu? Ja też nie. Ale to jeszcze nie strefa sztuki. Strefa sztuki zaczynała się tuż za nią, a w niej można było przysiąść na drucianych migających grzybkach, kupić pierścionek z betonu (jakby to nie zabrzmiało), wziąć udział w warsztatach tworzenia w betonie, rysunków, świątyni świętej Olgi (niestety nie doczytałam, dlaczego ogłosiła się świętą), rozliczyć się ze swoimi strachami oraz obejrzeć kiczowatą wystawę o radości w życiu codziennym. Jakby komuś było mało, przygotowano kącik muzealny, gdzie można było obejrzeć skrawki zaledwie wystaw z wiedeńskiego Museumsquartier i węgierskich muzeów. Sziget Festival to jednym zdaniem Sztuka przez duże S, Muzyka przez duże M i kultura przez duże K. W siedem dni nie jesteś w stanie zajrzeć do każdego zakamarka, obejrzeć każdego koncertu, spróbować jedzenia z każdego stoiska, obejrzeć każdej wystawy… To najlepszy pretekst, żeby wrócić tam jeszcze raz… i jeszcze raz… i jeszcze…

Maria Grudowska
Foto: 1., 2. Czsudai Sandor, 3. Maria Grudowska