Relacjeprzemek

Sziget Festival – relacja z dnia trzeciego i czwartego

Relacjeprzemek

Sziget Festival – relacja z dnia trzeciego i czwartego
Budapeszt/11-18.08.2014

Wyróżnij się albo zgiń!

Gdy idziesz na imprezę z 415 000 innych osób i nie chcesz pozostać niezauważony, musisz się bardzo postarać. Modne kalosze i najnowsza kolekcja z sieciówki nie są tu zdecydowanie dobrze widziane. Zdecydowanie dobrze widziana jest wyobraźnia. I tak, możesz w czasie festiwalu minąć delegację Egipcjan, koty, psy, tygryski, kilku Kubusiów Puchatków, człowieka z kurą na głowie, a na zdjęciach z lotu ptaka możesz znaleźć dmuchane krokodyle, kucyki, jednorożce i inne mniej lub bardziej prawdziwe postaci. Kwiaty we włosach, brokat i kolorowe makijaże, to minimum festiwalowicza. Dzięki temu, czasem to tłum jest bardziej atrakcyjny wizualnie niż artysta na scenie. Nie na darmo festiwale węgierskie reklamuje się hasłem: “the most important headliner: YOU”. I tak na przykład podczas koncertu Jacka Bugga o wiele ciekawiej było w tłumie, niż na scenie. 20-letni Brytyjczyk ze swoim country – rockiem jest na dłuższą metę monotonny i nudny. A na dłuższą metę, mam na myśli, po 3 piosence. Lepiej natomiast sprawdza się Imagine Dragons. Esencja młodzieżowej energii na scenie i wśród publiczności. Nie sądzę, żeby nad Wisłą zespół usłyszał tak głośny chór This city never sleeps at night/ It’s time to begin, isn’t it/ I get a little bit/ bigger but then I’ll admit/ I’m just the same as I was/ Now don’t you understand/ That I’m never changing who I am. Brzmiało to zdecydowanie lepiej niż na płycie. Brzmiało to magicznie!

Przebieżka pod drugą scenę. I tu dwa słowa o odległościach: główną scena i sceną A38 – Tent Stage stoją… plecami do siebie. W związku z tym wystarczy je obejść, nie pokonując lat świetlnych po bezkresnych, dziurawych polach. Jeśli zaś chodzi o pozostałe sceny, to troszkę już drogi do przejścia jest. I czasem można się zgubić. Ale czyż to nie przyjemne uczucie, kiedy idziesz po parku, przez pole namiotowe, które jest wszędzie, a tu nagle hop! I scena. A na scenie na przykład Compact Disc Dummies – electro w bardzo dobrym belgijskim wydaniu. Co prawda, gdy wokalista zaczyna śpiewać, sporo czaru pryska (na youtube brzmi lepiej niż na żywo), ale i tak ogromny plus za dobre, lekkie electro.

Niestety po raz kolejny The Big Pink nie spisali się. Nie wiem, czy to znów kwestia nagłośnienia, a ja mam nieszczęście być tylko na źle nagłośnionych koncertach, czy tego typu muzyka na żywo po prostu się nie sprawdza. Tak czy inaczej, znów zamiast Furze słyszałam zgrzyty, a zamiast gitary, sążnisty bas. Szkoda. Koncert The Big Pink był ostatnią tego dnia okazją, żeby dostać się pod scenę w namiocie, a właściwie, żeby w ogóle dostać się do namiotu. Na koncercie Toma Odella było to już niemożliwe, choć i tak nie przypominało tłumów, jakie pchały się tam w następnych dniach na Bonobo, Kelis czy Angel Haze. Ale o tym później. Dla tych, którzy nie dostali się do namiotu, lub nie byli na tyle szaleni, żeby się do niego pchać, organizatorzy przygotowali 3 (!) telebimy wokół, żeby nikt nie czuł się poszkodowany. Dzięki temu można było oglądać koncerty siedząc na trawce.

Tom Odell jak na swój wiek i równie mało szałową formę grania co Jake Bugg, spisał się naprawdę dobrze. Chłopak z pianinem, choć rozważny i romantyczny, zrobił bardzo fajne, musicalowe show. Bardzo możliwe, że uczył się po koledze po fachu, który występował po nim. Miles Kane – chłopak w obcisłych spodniach, z gitarą i w koszuli w panterkę. Kocie ruchy, gitarowa ekwilibrystyka i brytyjski rock. Czy ja muszę opisywać, co działo się pod sceną? Działo się o wiele lepiej niż na koncercie na Orange Warsaw. Może dlatego, że nagłośnienie było co najmniej dobre…?

Ciąg dalszy nastąpi.

Maria Grudowska
Foto: 1., 2. Czusai Sandor, 3., 4. Mózsi Gabor

Przeczytaj pierwszą część relacji.