Relacjeprzemek

Sziget – opowieść druga

Relacjeprzemek

Sziget – opowieść druga

W poszukiwaniu niestraconego czasu.

Spoglądam na grzbiet szigetowego paszportu leżącego na moim biurku, dostrzegam jak światło lampki odbija się w złocistym logo festiwalu stanowiącym część jego bordowej obwoluty. Mam wrażenie jakby promienie słoneczne jakimi nasiąknął podczas dni spędzonych na wyspie wolności przywoływały mnie, by raz jeszcze zanurzyć się w poszukiwaniu czasu, który z całą pewnością nie był stracony.

Jak się przekonałem na Szigecie historia lubi zataczać koło. Będąc na festiwalu po raz kolejny miałem uczucie jakbym wpadł w pętlę czasowo-przestrzenną. Przypominały mi się, ba nawet przytrafiały sytuacje bardzo podobne do tych z 2012 roku. Jakiś kosmiczny wzór czuwał nad tym. Szigetowy duch miał w swojej opiece też szwajcarski zespół Serafyn, który to swoją karierę rozpoczynał grając dla przechodniów na ulicach Budapesztu, a teraz miał wystąpić na rozświetlonej popołudniowym słońcem Europe Stage. Scena usytuowana była jakby na uboczu, ale jednocześnie pozostawała w samym centrum wydarzeń. Znalazłem się w odpowiednim miejscu we właściwym czasie i tak niepostrzeżenie rozpoczęło się moje spotkanie z muzyką podczas kolejnego dnia festiwalu. Kompozycje Serafyn miały w sobie coś ulotnego. Skłaniały do refleksji, ale jednocześnie wzbudzały uczucie, że liczy się to co jest tu i teraz. Publiczność kontemplowała ten nastrój słuchając muzyki na siedząco. W skład szwajcarskiego kwintetu wchodziły trzy panie oraz dwóch panów. Nie trudno zgadnąć, że to dziewczyny w letnich sukienkach i okularach słonecznych niczym modelki z Vogue’a były na scenie na pierwszym planie. Pierwsza z nich stojąca pośrodku śpiewała i przygrywała na gitarze akustycznej, a pozostałe stojące po jej lewej i prawej stronie grały na wiolonczelach i/bądź jednocześnie stroiły głosy razem z nią. Mężczyźni zajęli się czarną robotą. Jeden z nich grał na perkusji, a drugi (długowłosy brodacz) na gitarze basowej lub na kontrabasie (niczym Jonsi przy użyciu smyczka!). Usłyszałem bardzo interesująca mieszankę folku i popu, która łagodnie wprowadziła mnie ponownie w festiwalowy nastrój. Prostota, urok i harmonia to trzy słowa, którymi odpowiednio określiłbym kompozycje “The Netherlands”, “Gold” i “Go Down North” stanowiące o istocie ich stylu. Portal do świata Szigetu został uchylony, a głosy dochodzące ze sceny nawoływały swoim śpiewem, by go przekroczyć – przecież po drugiej stornie nie czeka na mnie nic złego.

Przekroczyłem owe wrota i nadal byłem pod Europe Stage, a do występu szykowała się Maya Isacowitz wraz z perkusistką, która wyglądała jak jej starsza siostra (być może nią w rzeczywistości była). Obie ubrane w kolorze lata (bo o niewinności raczej nie można tu mówić) jakim jest biel zaprezentowały bardziej rockową odmianę folku. Panie przeszły od razu do konkretów i zrobiło się bardziej drapieżnie. Minimalizm instrumentów stanowił ich siłę. Ile to znam zespołów, które w dwuosobowym składzie potrafią narobić wiele hałasu? Od razu pomyślałem o The Kills, czy The White Stripes. Co prawda muzyczne dokonania Mai Isacowitz nieco odbiegały od tego co zwykły prezentować wymienione zespoły, to jednak cyfra “2″ kojarzy mi się jako gwarant dobrego grania. Kompozycje z ostatniej płyty Mai w wersji koncertowej miały więcej brudu i zaczepności. O wiele lepiej słuchało się tak okrojonych aranżacyjnie utworów. Piękno tkwi w prostocie. Pochodząca z Izraela, a nagrywając w Nowym Jorku artystka swoją bezpośredniością dość szybko przekonała mnie do siebie. Była autentyczna. Gdy usłyszałem utwór “I’ Am” widziałem, że osoba, którą widzę na scenie to naprawdę ona i nie ma w tym żadnej ściemy. Osoba z krwi i kości, a wnętrzności ma na swoim miejscu. Mózg-wewnątrz czaszki, a rock’n'roll w krwiobiegu. Tylko kto się tu w kogo wbił niczym wampir? Miałem wrażenie, że byłem to ja, ale kto wie, czy prawda nie była taka, że to artystka czerpała więcej energii od publiczności niż jej dawała. Na szczęście te wzloty i spadki sił życiowych na Szigecie łatwo się niwelowały. Co zabrała Maya oddał ktoś inny.

Nie jestem przekonany, czy takim artystą był Borns. Trochę nieświadom udałem się na A38 Stage. Przecież chciałem posłuchać ciekawego grania rodem z Los Angeles (od 2013 roku Borns nazywa Miasto Aniołów swoim domem). Kalifornia w Budapeszcie. To miało być to. Było jednak trochę co innego. Hermafrodyta irytował swoim zachowaniem na scenie i sposobem komunikacji z publicznością. Nadrabiał za to muzyką. Przytrafiały się naprawdę świetne kompozycje, choć jak chodzi o covery, to uważam, że jeśli się ich ktoś podejmuje, to winny co najmniej dorównywać oryginałowi inaczej traci to kompletnie sens. Były palmy, podskakująca młodzież, która z ciekawością i zainteresowaniem przyglądała się temu co dzieje się na scenie. Obyło się jeszcze bez spazmujących nastolatek. Finałowe “Electric Love” to kawałek, którego nie powstydziliby się Arcade Fire, natomiast Borns wraz z zespołem powinni oblać się rumieńcem wykonując nieudolnie ich przearanżowany utwór “Rebbelion”. Natomiast “10,000 Emerald Pools” to muszę przyznać całkiem zgrabny utwór. Gdy wokalista swoim śpiewem chciał zespolić się z muzyką na prawdę miało to sens, lecz gdy chciał podkreślić za wszelką cenę swą odmienność, to co przed chwilą było atutem gubiło się i robiło się dziwnie. Momentami zawiewała oceaniczna kalifornijska bryza, ale chwilami w Malibu była ulewa i czekałem aż jakaś nieznajoma piękność zatrzyma się, zaprosi do swojego samochodu i zaproponuje podwózkę do pobliskiego motelu.

W międzyczasie nadszedł wieczór. Przybytkiem, w którym znalazłem schronienie okazała się scena usytuowana po środku Afro-Latin-Reggae Village, na której występowała ghańsko-węgierska formacja Red Red. ELO (na co dzień członek popularnego na Węgrzech zespołu Irie Maffia) wraz z M3NSĄ (pochodzącym z Ghany producentem, wokalistą i raperem) zaprezentowali niesamowicie dojrzałą (zacząłem ich nawet podejrzewać o jazzowe wykształcenie) mieszankę elementów europejskiego EDM z afrykańskimi rytmami i dźwiękami.

M3NSA nawet sobie pozwolił zażartować z publiczności wymieniając podczas rapowania kilkanaście rozmaitych gatunków muzyki. Jakkolwiek by ktoś się starał ją zakwalifikować, to nie miało to większego sensu. Po prostu należało się poddać przyrządzanej ze smakiem muzyce. Raz machałem więc ręką jak na Hip-Hopowym koncercie i podążałem za flow czarnoskórego MC, by za chwilę kołysać się do dźwięków serwowanych przez DJ-a. Godna rozdania nagród Grammy receptura na montaż muzyki.

Podczas występu Red Red bawiłem się świetnie do tego stopnia, że Mateusz musiał mnie ściągać siłą na koncert Bloc Party na A38 Stage. Okazało się, że poza nami zmierzały tam dzikie tłumy. Zdążyliśmy w ostatniej chwili wejść. Dosłownie parę minut później zamknięto bramki. Organizatorzy upchnęli w namiocie band zasługujący na Mainstage. Niestety zabrakło w nim już miejsca dla całej zainteresowanej występem publiczności. Trochę szkoda. Jedni i drudzy zasługiwali na więcej. To chyba mój pierwszy w życiu koncert “pod dachem”, którego słuchałem z tak znacznej odległości. Miało to swoje plusy. Widziałem jak w jego trakcie żwawo w tłum ruszyło dwóch ochroniarzy, aby wyciągać zeń omdlała osobę. Miałem też czym oddychać, a co za tym idzie mogłem skakać i śpiewać razem z Kele piosenki. Nieopodal powietrze wprawiał w ruch gigantyczny wentylator. Panowie podchodzili z wodą lub piwem i przy pomocy generowanego wiatru wylewali je na ludzi. Miałem szczęście znaleźć się w polu rażenia wody. Natomiast największa frajdę miały dziewczyny, które dostawały się w podmuch powietrza, a ich włosy były rozwiewane niczym te modelek podczas sesji zdjęciowej. Wracając jednak do samej muzyki – to była koncertowa petarda, która z różną mocą wybuchała co parę minut przy okazji kolejnego z utworów granych przez Bloc Party. Zaczęli spokojnie od “Only He Can Heal Me” i już widziałem kto tego dnia mnie uzdrowi i odda to, co zabrała Maya Isacowitz. Potem zrobiło się żwawiej. Utworem “Hunting For Witches” zespół rozpoczął poszukiwania winnego umieszczenia ich w namiocie zamiast na głównej festiwalowej scenie. Jednakże nie było potrzeby kontynuowania polowania i bardziej skupili się na budowaniu “Postitive Tension” z tak licznie zgromadzoną publicznością. Kele wraz z zespołem otrzymywali w czasie koncertu wiadomości od organizatorów odnośnie liczby osób i sytuacji logistycznej. Okereke poczuł się współodpowiedzialny za ludzi i starał się nie szarżować, przynajmniej do czasu “Banquetu”. Wtedy to atmosfera zrobiła się gorąca do tego stopnia, że lider Bloc Party zrzucił koszulkę. Następnie poprosił publikę, by dała mu jeszcze jedną szansę (ileż to czasu stracił na poboczne oraz solowe projekty, czy przetasowania w składzie Bloc Party). “One More Chance” rozbujało koncert na dobre. Rockowo-taneczny kawałek z klawiszowym motywem przewodnim eksplodował i rozerwał wszystkich na strzępy. Miałem wrażenie jakby nowojorskie Radio 4 spotkało Marshalla Jeffersona. “Octopus’em” zespół potwierdził, że mimo zmian kadrowych jego scentralizowany układ nerwowy nie ucierpiał. “Flux” to był już rockowy rave, który wzniósł ich występ na inny poziom i tylko dynamiczny “Helicopter” będący w powietrzu, czy raczej eterze od mniej więcej dziesięciu lat mógł bezpiecznie sprowadzić wszystkich na ziemię. Do samego końca było intensywnie. Bloc Party udowodnili, że w nowoczesnych czasach, w jakich przyszło nam żyć miłość do rock’n'rolla nadal istnieje, a co więcej jest odwzajemniana przez publiczność.

Szymon Matlak

fot. Mateusz Kozina