Relacjeprzemek

Tauron Nowa Muzyka 2014 – relacja cz. 1

Relacjeprzemek

Tauron Nowa Muzyka 2014 – relacja cz. 1

Pierwszy spacer po Księżycu.

Ubrany jeszcze w letni kombinezon wybrałem się na pierwszy spacer po Księżycu. Przez kilka godzin spędzonych na terenie Nowego Muzeum Śląskiego poruszałem się jakby w stanie nieważkości. Skakałem od sceny do sceny, co jakiś czas zatrzymując się, żeby pobrać większą próbkę muzyki. Oto co udało mi się wziąć ze sobą.

Materiał eksportowy.

Mam wielką nadzieję, że Bokki nie zobaczymy już w Polsce w najbliższym czasie. Zespół ma wszystko, żeby rozpocząć międzynarodową karierę: świetną wokalistkę śpiewająca w manierze Karin Dreijer Andersson, fenomenalnych muzyków i przemyślany sceniczny entourage (image i wizualizacje). Dodatkowo ciekawość wzbudza ukryta pod maską tajemnicy tożsamość członków zespołu. Zachwycili mnie już podczas krakowskich wianków, którymi rozpoczynałem festiwalowe lato. Koncertem na Tauron Nowa Muzyka potwierdzili wysoką formę. Choć dramaturgia ich występu i reakcje publiczności były podobne jak te w Krakowie (najpierw słuchano ich muzyki w skupieniu, by później dać się ponieść szaleństwu), to zupełnie mi to nie przeszkadzało. Bokka dała mi dobry “Reason” żeby wybrać się na Main Stage i w nowo-muzycznym katowickim “Town of Strangers” poczułem się jak wśród swoich. Kto by pomyślał.

Nie z tej ziemi.

Na Littlebig Stage The Field zwabił mnie kompozycją “Everday”, ale później Axel Willner zaserwował mocniejszego seta czym mnie nieco zmęczył. Zagrał trochę za wcześnie. Występ “Pana Poletko” w godzinach nocnych to mogłaby być prawdziwa petarda. Wyraźnie o tej porze szukałem czegoś innego i znalazłem w Red Bull Music Academy Stage. Kelela sprawiła, że moje serce zabiło szybciej i to nie był ostatni raz kiedy jej się to udało tego wieczoru. Swoją szczerością przyciągała mnie jak magnes (opowiadała o uciążliwej pracy w call center, którą wcześniej wykonywała). Z każdą minutą byłem bliżej i bliżej. Coraz bardziej pochłaniał mnie tajemniczy festiwal gestów i cieni (dość specyficznie oświetlona scena). Zaczarował mnie utwór “Cherry Coffee” i kompletnie zapominałem o gwarze jaki wywoływała część publiczności w trakcie jej koncertu. Towarzyszący Keleli DJ-e serwowali połamane elektroniczne podkłady, które dość ciekawie wypadały w zestawieniu z jej nadzwyczajnym głosem. Choć muszę przyznać, że wolałem, gdy były mniej inwazyjnym tłem niż, gdy konkurowały z jej wokalem. Materiał brzmiał o niebo lepiej niż na płycie. Życzę jej kiedyś koncertowania z prawdziwym live bandem. Jest tego warta.

Występ Keleli na tyle mnie wciągnął, że zdążyłem ledwie na ostatni utwór Jaggi Jazzist. Muzycy wraz z towarzysząca im orkiestrą zostali nagrodzeni gromkimi brawami. Poczułem, że na Main Stage wydarzyło się coś ważnego i mnie to niestety ominęło. Cóż, nie można mieć wszystkiego.

Tańce nad jeziorem i chwile zapomnienia.

Występ Nozinji (Shangaan Electro) to było takie muzyczne jezioro Tanganika. Przy odrobinie wyobraźni można było zobaczyć na scenie ptactwo wodne (strój siedzącego za konsoletą Richarda Mthethwy przyozdobiony był piórami), pomarańczowe krokodyle i żywiołowe hipopotamy (tancerze w kolorowych strojach). Taplałem i pluskałem się w dźwiękach jak pomylony.” One, eight, nine” uderzeń na minutę (189 bpm), transowe zaśpiewy i na przemian ściszana i podgłośniana muzyka (cóż za kunszt DJ-a!) były kluczem do sukcesu. Publika szalała jak opętana napędzana przez towarzyszących Nozinji tancerzy. Shangaan Electro na dobre rozruszało ludzi przybyłych tego dnia na festiwal Tauron Nowa Muzyka. Po występie Afrykan fala optymizmu zalała cały obszar festiwalowy. Popłynąłem wraz z nią i dotarłem na showcase U Know Me Records i seta mistrza gramofonów – jednorękiego Mr. Krime‘a (złamał rękę podczas jazdy na rowerze). Wspaniały taneczny zestaw i sprawił, że niemal zapomniałem o występującej równocześnie na Main Stage Neneh Cherry.

Dotarłem dopiero na sam finał jej koncertu i też trochę żal, że tak późno. Wokalistka nie tylko śpiewała, ale do tego świetnie wyglądała i niezwykle swobodnie poruszała się po scenie, co chwilę wychodząc przed głośniki odsłuchowe pragnąc kontaktu z publicznością. “I Feel good, but I feel away”, więc podszedłem bliżej i wtedy okazało się, że “Everything is Everything”!

Obce formy życia.

WhoMadeWho zamykali festiwalowy dzień na Main Stage. Trafiłem na najdziwniejszy koncert na jakim w życiu byłem. Zaskoczyły mnie euforyczne reakcje publiczności, ale chodziło przede wszystkim o dobrą zabawę. Wartości artystyczne zeszły na dalszy plan. Muzycy stroili przedziwne miny i przypominali aktorów z teatrzyku przy wędrownym cyrku. Spotkanie z kosmitami i mieszanina stylów w dance punkowej otoczce wywołała niezły mętlik w mojej głowie. Tak to się już dzieje, gdy zbyt długo spaceruje się po Księżycu. Trzeba po pewnym czasie wrócić do bazy odpocząć i uzupełnić tlen, by następnego dnia pełnym energii przystąpić do dalszej eksploracji jego powierzchni.

Epilog

Jednakże zanim to nastąpiło doszło do bliskich spotkań trzeciego stopnia (jak to w pobliżu Spodka). Opuszczając teren festiwalu zobaczyliśmy ze znajomymi Kelelę wsiadającą ze swoimi muzykami do samochodu i postanowiliśmy jej pomachać. Po chwili ruszyła dziarskim krokiem w naszym kierunku. Zapytała: “co tam”?”, a my odpowiedzieliśmy, że po prostu chcieliśmy powiedzieć cześć. Zamieniliśmy z nią kilka słów, wyściskała nas i dostaliśmy na koniec całusy. Serca po raz kolejny zabiły mocniej.

Szymon Matlak

fot. Mateusz Kozina