The Amazing Snakeheads – “Amphetamine Ballads”

The Amazing Snakeheads – “Amphetamine Ballads”
Domino/2014

Pijacki rock w najlepszym wydaniu.

Jedni powiedzą, że nie da się tego słuchać, inni, że nie mogą słuchać już niczego innego. I jedni, i drudzy będą mieli rację – debiut The Amazing Snakeheads to jeden z tych albumów, które albo się kocha, albo nienawidzi. Dla mnie, człowieka zaślepionego przez twórczość Iggy’ego Popa, sprawa jest jasna – wydanie “Amphetamine Ballads” to jeden z najważniejszych momentów 2014 roku.

Monsieur Pop został przywołany nie bez kozery. Szkocki kwartet jak mało kto potrafi odtworzyć niepohamowany szał, który cechował twórczość The Stooges. Przebłyskami geniuszu są utwory typu “Flatlining”, które posiadają komplet atrybutów charakterystycznych dla protoplastów punk rocka z Ann Arbor. Jest agresywnie, jest seksownie, jest zadziornie i romantycznie, ale to romantyzm rynsztokowy, to jak pocałunek w dłoń zalanego w sztok lumpa, który zaczepił młodą niewiastę wracającą z kościoła. Są tutaj nawet saksofonowe smaczki, które przewijały się także przez twórczość The Stooges.

Album otwiera gong, po którym nie sposób nie zanucić sobie “Jungle Boogie”. Dalej kilka chaotycznych szarpnięć za gitarę i prosta partia basu. Przez dokładnie czterdzieści dwie sekundy myślałem, że nie czeka mnie nic szczególnego, a później Dale Barclay zaryczał, potem wszystkie instrumenty zaryczały i jeszcze przed końcem “I’m A Vampire” opioidy zalały mój mózg. To nie będzie rzetelna recenzja. To będzie laurka, bo słuchanie The Amazing Snakeheads nie jest dla mnie wyłącznie muzycznym doświadczeniem, to niemalże narkotyczna ekstaza. Niespełna pięćdziesięciominutowe obcowanie z “Amphetamine Ballads” pozbawione jest słabych punktów. Pojawia się natomiast kilka wyjątkowo intensywnych – “Nighttime”, “Every Guy Wants To Be Her Baby” czy “Where Is My Knife?” to piosenki, które już na zawsze pozostaną w mojej playliście z hitami wszech czasów.

“Amphetamine Ballads” stopniowo wycisza się. Z początku dominuje raczej tytułowa amfetamina, ale mniej więcej w połowie albumu ciężar zostaje przeniesiony na ballady. “Memories” to już bez wątpienia “drapak”, choć jeszcze niemal w całości wykrzyczany. “Heading For Heartbreak” brzmi jak ostatnie podrygi niedobitków ekstremalnie ciężkiej imprezy, a okraszone dźwiękami klasycznej gitary “Tiger By The Tail” jest jedyną faktyczną balladą od pierwszego do ostatniego dźwięku. W tym momencie można już śmiało prosić panie/panów do tańca i chociaż zestawienie tego kawałka z “I’m A Vampire” może wywołać wrażenie, że debiut The Amazing Snakeheads jest kompletnie niespójny, osiem piosenek pośrodku to dokumentacja stopniowej ewolucji, na drodze której wytworzone zostaje znakomite i wielowątkowe dzieło.

Skojarzeń z twórczością Szkotów jest znacznie więcej niż wczesna działalność Iggy’ego Popa. The Birthday Party, The Hives, MC5, Black Lips, Death (nie to z Schuldinerem) – długo można by wymieniać i wszystko to jest prawdą. The Amazing Snakeheads nie mają za grosz oryginalności, ale co z tego? W swojej garażowej stylistyce osiągnęli tak wysoki poziom, że niewiele współczesnych kapel może im dorównać. Potwornie brzydcy, potwornie wściekli – nic, tylko podkręcić głośniki i dać wycisk sąsiadom.

Jarosław Kowal