complaineramor-cover.jpg The Complainer – “The Amor”
Mystic/2010

Tortilla i popowe piosenki.

“The Amor” to album, który można określić słowem “więcej”. Wszystkiego jest tu więcej: ludzi pomagających w nagrywaniu (czyli tzw. The Complainers), pojawiających się w każdym momencie instrumentów i dźwięków, nawet języków jest tu sporo, bo aż trzy: polski, hiszpański i angielski. I nie chodzi mi o więcej w porównaniu do czegoś innego – complainerowe “więcej” oznacza różnorodność i wielobarwność jako sztukę samą w sobie.

Mexico City , Miami, Gorzów Wielkopolski… Cóż lepiej oddaje stylistyczny mętlik, aniżeli liczne strefy czasowe, w których miał on okazję powstawać. Z pewnością The Complainer może się czuć w polskiej muzyce pionierem w nagrywaniu w niezwykłych miejscach – utwór “Teoti WiFi” powstał na szczycie Piramidy Słońca w Teotihuacan w Meksyku. Szczególnie spodobał mi się fragment notki promocyjnej: “Parts of 5 recorded in a plane somewhere up in the sky”.

The Complainer nic nie udaje. Nie jest kolesiem, który urodził się w Rzeszowie (z góry przepraszam urażonych mieszkańców tego miasta), zapuścił dredy i próbuje podczas okolicznych juwenaliów okazać swoją jedność z Jah. Część nagrań na “The Amor” pochodzi z meksykańskich ulic, wypełnionych dźwiękami grającymi w sercach mieszkańców Ameryki Łacińskiej na co dzień. Inspirowanie się egzotyką posiada tutaj szczery i autentyczny wymiar. Mimo względnej popowości piosenek – sporo lekkich melodii tworzonych za pomocą gitar, syntezatorów i skrzypiec – bardzo duże znaczenie ma rytm i to on jest największym nośnikiem ducha kultury byłej hiszpańskiej kolonii.

“Rytuały Rytuały” zdaje się opowiadać o pewnych powtarzających się elementach, które napotykają podróżujących do Meksyku (“Stewardesy i piloci (..) yerba mate, quesadillas”). I takie jest “The Amor” – niczym pamiętnik z podróży zlepiony ze zdjęć, dźwięków oraz niezwykłości napotkanych ludzi i odwiedzonych miejsc. Pamiętnik unikający banalnej puenty.

Krzysztof Kowalczyk