The Cribs – “For All My Sisters”

The Cribs – “For All My Sisters”
Arts & Crafts/RED Music Solutions/2015

Nieco inaczej, ale efekt ten sam.

The Cribs od wielu lat próbują przebić niewidzialny mur i dostać się w rejony, które zapewniałyby im większą popularność. Bez skutku. W konsekwencji nieustannie okupują wyklepane miejsce, pewnie z zazdrością i nerwowością zerkając na nowe, odnoszące większe sukcesy, zespoły. Starzy fani pozostają przy nich, ale nowych raczej nie przybywa. Brytyjczycy nie chcą pogodzić się z sytuacją kapeli, która być może powinna osiągnąć więcej, ale brakuje jej błyskotliwości czy talentu do tworzenia piosenek sprawiających, że grono wielbicieli się powiększa, a samym członkom zespołu milej jest odświeżać stan konta. The Cribs nie ustają w próbach i korzystają z wymyślonej na potrzeby wielu recepty, czyli wiary w moce producenckie.

Każdy kolejny z albumów The Cribs oznacza obranie nowego kierunku. Jakże bowiem inaczej określić nawiązanie współpracy z takimi postaciami jak Johnny Marr czy też wybieranie do roli producenta uznanych osobistości, w tym Steve’a Albiniego, Alexa Kapranosa czy Lee Ranaldo. Każdy z nich odcisnął wielkie piętno na brzmieniu, co pozwalało stawiać pytanie o autentyczność. Wątpliwości dotyczyły przede wszystkim tego, czy The Cribs nigdy nie mieli pomysłu na siebie i za każdym razem ktoś musiał wyciągać pomocną dłoń? Tyle nazwisk, tyle dróg, a żadne z nich nie doprowadziło do wymarzonego celu. Do prac nad szóstym albumem Brytyjczycy zatrudnili tym razem Ricka Ocaseka z legendarnej formacji The Cars. Rezultatem miało być nieco bardziej popowe oblicze.

The Cribs na “For All My Sisters” być może brzmią bardziej przystępnie, rzadziej do uszu dociera punkowa zadziorność. Cóż jednak z tego skoro i tak utwory zlewają się w jedno. Po raz szósty brakuje przebojów, które byłyby w stanie zapewnić grupie nieśmiertelność. Na dobrej drodze Brytyjczycy są kilka razy (“Different Angle”), ale i tak zaczynają błądzić. Dużym problemem jest to, że w kilku przypadkach zamiast postawić “kropkę nad i”, wybierają męczące rozwiązania, a w ten sposób dobry utwór okazuje się w rezultacie przeciętnym. Zwłaszcza, że brakuje tutaj zaskoczeń, a większość wybieranych patentów razi swoją przewidywalnością. Fakt, The Cribs momentami brzmią odrobinę inaczej niż dotychczas, a zasługą Ocaseka jest z pewnością to, że fragmentami można usłyszeć nawet coś z Weezera (“Finally Free”, “Mr. Wrong”), czyli kapeli, której producent pomógł w odniesieniu sukcesu. Tylko, że tamci mieli udane piosenki, a przypadku The Cribs razi nijakość (wystarczy posłuchać “Burning for No One” czy “Simple Story”). Po raz kolejny brakuje pewnej witalności, swobody, dynamizmu. Fajne refreny powtarzane kilkanaście razy zaczynają nudzić, a i dodatkowo okazują się rażąco podobne do siebie.

The Cribs to nie jest z pewnością słaby zespół, ale pewnymi swoimi działaniami momentami raczej wkurzają niż intrygują. W konsekwencji “For All My Sisters” to płyta, którą z mniejszą czy większą przyjemnością można odsłuchać ze dwa, trzy razy. Trudno mi sobie wyobrazić, by ktoś pragnął potem do niej szybko i często wracać. Pewna powtarzalność jest więc zauważalna, bo tego typu recepcja miała miejsce przy okazji pięciu poprzednich albumów. Szkoda, bo trwanie w takiej pozycji jest chyba nudniejsze niż regres.

Michał Stępniak