The Deadly Syndrome – “All in Time”

The Deadly Syndrome – “All in Time”
wyd. własne/2012

Niepostrzeżenie.

Ci, którzy zachwycają się twórczością The Deadly Syndrome, narzekają jednocześnie na to, że zespół jest niedoceniany. Niewystarczająco wielu o nim słyszało, drugą i trzecią płytę muzycy musieli wydać samodzielnie, nie mogą się z tej działalności utrzymywać. Nie dzieje się tak jednak bez powodu, a nowy album raczej tego nie zmieni.

The Deadly Syndrome to zespół z Kalifornii. Panowie tworzą piosenki elektroakustyczne (lub raczej akustyczno-elektroniczne, w których brzmienie gitary jest delikatnie urozmaicane przez inne dźwięki) i okołofolkowe, pełne melancholijnego rozgoryczenia, przyprawione odrobiną patosu. Nie są to kompozycje niemiłe dla ucha, teksty, które zawodzącym głosem śpiewa Christopher Richards są na ogół zgrabne i ciekawe, a mimo tego nie można o nich powiedzieć za wiele dobrego. Nie można ich też porządnie skrytykować – są zaskakująco nijakie. Na trzeciej płycie podobnie jak na poprzednich dwóch.

Album otwiera mocne uderzenie gitar elektrycznych w “Demons”. W marszowym rytmie wokalista przekonuje forget all the shit you used to talk about. Jest to nieco milsze powitanie niż why don’t you just fuck off and die z poprzedniego wydawnictwa, “Nolens Volens” (2010), ale nastrój się nie zmienia – nie ma próby żartu na miarę tytułowego kawałka z debiutanckiego “The Ortolan”. Głos Richardsa urozmaicają damskie wokale w tle “Spirit of the Stairs” i singlowego “Whatever Comes Our Way”. Śpiewają Angie Correa (Correatown) oraz żona klawiszowca i perkusisty, Michaela Hughesa, Jenni Tarma. Podniosłe utwory, w tym najbardziej “It’s a Mess” brzmią jak Arcade Fire, a inne, jak “Maine”, przypominają kawałki Wolf Parade. Skąd u zespołu z Kalifornii tyle Kanady, nie wiadomo; dla zrównoważenia butlerowsko-boecknerowski wokal Richardsa zalatuje również momentami Isaakiem Brockiem z Modest Mouse.

Zbytnie podobieństwo do innych twórców nie może być jednak mocnym zarzutem wobec The Deadly Syndrome, chociażby z tego względu, że mariaż tych dwóch kanadyjskich zespołów nie jest taki oczywisty – ich brzmienie dzieli spory dystans. Kalifornijski kwartet brzmi lepiej, kiedy produkuje muzykę surowszą. W “Fine On Your Own” okazuje się, że Richards i gitara akustyczna tworzą całkiem urokliwą parę. W “Heavy Foot” została ona ciekawie urozmaicona niepokojącymi, buczącymi dźwiękami . Mimo wszystko wciąż brakuje na tej płycie czegoś, co utrzymałoby uwagę słuchacza. Ciężko jest cokolwiek zapamiętać po pierwszym przesłuchaniu, a i po dziesiątym nie jest wiele lepiej. Odnoszę wrażenie, że nawet jeśli po długotrwałym obcowaniu z tą płytą nieco się zaprzyjaźniliśmy, za miesiąc i tak nie będę z niej nic pamiętać.

Spośród tysiąca płyt wydanych w tym roku “All in Time” nie wyróżnia się niczym szczególnym. Nie da się jej kochać ani nienawidzić, polubić trudno, skrytykować niewygodnie. Syndrom z nazwy zespołu to chyba śmiercionośna nuda.

Katarzyna Borowiec