The Hundred In The Hands – “Red Night”

The Hundreds In The Hands – “Red Night”
Warp/2012

Nie wyszło.

Pierwszą płytę The Hundred In The Hands, o pomysłowym tytule “The Hundred In The Hands”, wyprodukowali Chris Zane, Eric Broucek i Richard X. Tworzący duet  Eleanore Everdell i Jason Friedman zajęli się tylko jedną ścieżką i to z pomocą Jacquesa Renaulta. Za album “Red Night” są już odpowiedzialni sami [w tle rozbrzmiewa złowrogi akord].

Debiutancki album nie był mistrzostwem świata – nie można go było nazwać spójnym, zabawa latami 80. to dosyć popularny temat, który wielu wykorzystuje lepiej. Trudno było jednak nie zakochać się w takim “Lovesick (Once Again)” albo nie zarazić melodiami “Pigeons” czy “Commotion”, można było liczyć na coś jeszcze lepszego w przyszłości. Niestety druga płyta pary jest rozczarowaniem.

Muzycy albo nie mieli pomysłu na swoje piosenki, albo mieli ich wręcz za dużo. I tu właśnie przydałby się sprawny producent, który umiałby ten chaos jakoś ogarnąć. W rękach Everdell i Friedmana owe setki wspaniałych rozwiązań po prostu się rozlazły. Nic tu się nie zgrywa, wszystko sobie przeszkadza; osobno elementy piosenek bywają całkiem interesujące, razem tworzą efekt dosyć odstraszający. Szkoda, i to bardzo – o rozmiarach katastrofy świadczą miłe momenty, które da się z tej dzikiej mieszanki wyłowić. Piękne melodie w fatalnych aranżacjach, czyste marnotrawstwo.

Już pierwszy kawałek wprowadza słuchaczy w klimatyczny nastrój, którego na tej płycie nie brakuje. Koncepcja jest jasna, chociaż ciemna: czerwona noc pełna tajemnic, ponurych zakamarków i eterycznych głosów. Zastosowane rozwiązania psują tę wizję w sposób dosyć brutalny. “Empty Stations”, które wyłania się z mroku i przypadkowych melodyjek łowionych na ciemnej ulicy (intro trwa ponad minutę) zniesmacza topornym syntezatorowym dźwiękiem. Nie ratuje tego kawałka poświęconego pamięci Gerarda Smitha zachwycający impet refrenu, bo po nim i tak musi powrócić niezgrabne połączenie klawiszy niczym z gry na commodore z niemrawym wokalem Everdell.

“Recognize” zaczyna się bitem brzmiącym jak z przyśpieszonego intro “No Widows” The Antlers, ale duetowi daleko do gładkich kompozycji z “Burst Apart”. Niespójność wychodzi z każdego kąta tego krążka. Charakterystycznym elementem nieprzystającym są mocne gitary w “Come With Me” – mimo uwag krytyków odnośnie debiutu THIH nie zgodzili się z tezą, że lepiej wychodzi im trzymanie się elektroniki. “Red Night” to sześć minut ciągnącego się wycia. W tle monotonny bit i przypadkowe szmery, pod koniec pojawia się gitara, która o dziwo nie pasuje tu jeszcze bardziej niż pozostałe składniki. W “Keep It Low” zastosowano nawet dosyć ciekawy efekt rozmytego, nakładanego wokalu, ale i tutaj głos idzie w swoją stronę, a aranżacja w swoją; kompozycja jest niczym samochód rozbity o mordercze kartony.

Eleanore Everdell, pani o wokalu urokliwym, który czasami niepotrzebnie podnosi do pisku a la Karen O albo usiłuje postawić gdzieś w okolicach Siouxsie, tutaj najczęściej po prostu wyje. In the middle of the night things fall apart/ we can start again - zawodzi w “Tunnels”. Rzeczywiście, w tej czerwonej nocy wszystko się państwu rozwaliło, ale nie wiem, czy chcę zacząć jeszcze raz.

Katarzyna Borowiec