The Neighbourhood – “I Love You”

The Neighbourhood – “I Love You”
Columbia/2013

“Czy to jest przyjaźń? Czy to jest kochanie?”

Idę plażą. Wprawdzie nie jest to kalifornijskie wybrzeże, a jedynie polskie morze, ale i tak w tym momencie “Sweater Weather” pasuje idealnie. Podśpiewuję razem z Jessem Rutherfordem “All I am is a man / I want the world in my hands”.

Rok później grupa na pewno ma już świat w swoich rękach, a to za sprawą ich debiutanckiej płyty “I Love You”, która utrzymana jest w subtelnym, indie rockowym klimacie. Ja natomiast zastanawiam się, czy to miłość.

Album jest bardzo spójny. Rozpoczynające go “How” wprowadza w nostalgiczną, jednak intensywną atmosferę płyty. Już na wstępie słychać, że mamy do czynienia z czymś niebanalnym. Jednym z jaśniejszych punktów płyty jest “Afraid“, gdzie ciepły głos Jesse sprawia, że chce się więcej. Ciekawa historia opowiedziana jest w kawałku “Let It Go” (polecam obejrzeć przejmujący teledysk). “Alleyways” jest bardziej stonowane i delikatne; podobnie jest z bardzo udanym “W.D.Y.W.F.M?“. Przy “Flawless” (piosenka z tekstem: “I just can’t wait for love to destroy us” powinna znaleźć się w Smutnych piosenkach o miłości) zaczyna się robić nieco schematycznie. Na tle płyty kompozycyjnie wyróżnia się “Float“, gdzie bębny ładnie zwiększają i zwalniają tempo.

Za niemal każdą piosenką musi stać tu jakaś historia, która naprawdę miała miejsce. Momentami liryki są dosadne (“You’re too mean, I don’t like you, Fuck you anyway”), innym razem muskają delikatnością (“You’re a doll, you are flawless”), czasami dają do myślenia (“Why would you ask for God’s assistance / If you wouldn’t take the help?”), a niekiedy irytują (“Uh, oh, where can I go?”). Mimo tego ostatniego, to właśnie teksty są jednym z ciekawszych elementów płyty.

Panowie momentami grają mrocznie, tworząc gitarowe ściany dźwięków. Ich retro brzmienie przekomarza się z nowoczesnymi elektronicznymi wstawkami, co tylko uwypukla stworzone melodie. Dużo tu nowofalowych zabiegów. Momentami aranże są oszczędne, ale na pewno nie surowe. Druga część płyty jest niestety zbyt przewidywalna. Zespół ma patent na siebie, gra konsekwentnie, jednak chyba nie do końca jest świadomy tego, że może stać się to zbyt monochromatycznnie (a może tak właśnie ma być? w końcu panowie mają same czarno-białe teledyski).

Żałuję, że na krążku nie znalazło się więcej kawałków, m.in. genialne “$ting” (świetnie zaaranżowana ballada) i hip-hopowe “West Coast” (oba wydane później na winylu “Love Collection” wraz z trzecim kawałkiem) oraz nieco erotyczne “A Little Death” (z singla “Thank You”).

Mimo małych wad w postaci pewnej przewidywalności i momentami banalnych tekstów, “I Love You” jest debiutem, jakiego każdy początkujący zespół by sobie życzył. Ich piosenki traktuję jako odrębne opowieści, które spięte są przestrzenną klamrą w postaci chłodnego brzmienia, a wszystko to skąpane w kalifornijskim słońcu. Słucha się tego wyśmienicie. To półtoraroczne zauroczenie.

Ewelina Malinowska

Uwolnij Muzykę! jest patronem medialnym albumu.