The Prodigy – “The Day Is My Enemy”

The Prodigy – “The Day Is My Enemy”
Take Me to the Hospital/Cooking Vinyl/2015

Noc jeszcze młoda, oni już nie.

W The Prodigy jedynym zaskakującym elementem jest to, że oni wciąż istnieją i tworzą sobie kolejne rzesze fanów. Nie zrozumcie mnie źle – ja bardzo ich lubię, ale wciąż mnie dziwi, jak bardzo potrafią jeszcze wpływać na nowych słuchaczy. Dwadzieścia lat na scenie powoduje, że trzeba szukać w nowych trendach i ciągle ewoluować, jeśli chce się utrzymać na topie. Ostre brzmienie, które na “Invaders Must Die” nie miało nic wspólnego z tym bezkompromisowym rave’em, przez który ich znamy (choć szanuję za Dave’a Grohla na bębnach), musiało się w końcu znudzić i po sześciu latach mamy do czynienia z kolejnym, szóstym krążkiem Brytyjczyków.

“The Day Is My Enemy” próbuje nie szczędzić w środkach pod względem ilości inspiracji, które znajdują się na albumie. Wszystko brzmi tutaj wielkomiejsko i głośno, ponieważ sami tłumaczą to tym, że w ich twórczości chodzi o poczucie strachu. Przede wszystkim mowa tu o próbach zatoczenia muzycznego koła, kiedy brakuje tylko amen breaków do cofnięcia się do czasów “The Fat of the Land”. Ten post-rave’owy hałas czasem ma bardzo dobre efekty, jak np. agresywne “Destroy” z armadą staro brzmiących syntezatorów czy mocno podparty brzmieniem breakbeatu “Wild Frontier”. Niestety nie zawsze jest z czego się cieszyć. “Invisible Sun” bardzo chciał być ciężkim, industrialnym utworem, ale jest po prostu nudny. ” Medicine” i “Rok-Weiler” nie budzą strachu, tylko nutę zażenowania swoją próbą zjednania sobie fanów poprzedniego krążka. Punkowa rewolta udała się tylko w zamykającym krążek “Wall of Death”, większość niestety to tylko imitacje “Invaders Must Die”. Największym zaskoczeniem i chyba najlepszym utworem jest “Beyond the Deathray” – trzyminutowe interludium bez bitów, z mocną melodią. A jeśli przerywnik jest najlepszą rzeczą na albumie – coś tu jest nie tak.

Z jednej strony cieszy mnie fakt, że taki old school spod znaku The Prodigy wciąż się bardzo dobrze sprzedaje, skoro są jedną z głównych atrakcji tegorocznego Open’era. Z drugiej, we współczesnej elektronice jest tyle ciekawszej muzyki, że ciężko jest być w tym roku zajaranym kolejną płytą Brytyjczyków. Bardziej sentyment niż rewolucja, ale tego można było się w zupełności spodziewać.

Kuba Serafin