The Vines – “Melodia”

the-vines-melodia.jpg The Vines – “Melodia”

Zapomniani trochę ostatnimi czasy The Vines swoją czwartą płytą dają znać, że jeszcze żyją. “Melodia” to gitary, gitary i jeszcze raz gitary. Czasem świadomość faktu, że dany zespół niczym nowym nas nie zaskoczy, może na swój sposób cieszyć.

The Vines stworzyło swoistą cnotę z konsekwentnego kontynuowania swojego stylu, bez odważnych eksperymentów. Craig Nicholls i spółka zawsze grali dość prostego, melodyjnego rocka, potrafiącego momentami pokazać pazurki. Zarówno “Highly Evolved”, “Winning Days”, jak też “Vision Valley” odwoływały się do grunge’u i związanego z nim garażowego brzmienia, a to się bardzo podobało prasie. Aż do teraz. Ostatnia płyta grupy została okrutnie zmiażdżona m.in. przez New Musical Express i Mojo.

Ok, słychać na “Melodii”, że chłopaki zaczęli zjadać własny ogon. Wciąż trzymają się tego samego stylu, z tą różnicą, że na płycie brak tak spektakularnych przebojów jak “Get Free” czy “Ride”. Mimo wszystko nie jest źle i wcale nie miałem wrażenia, że tworząc ten album lider The Vines był tak naćpany, jak podczas sławnego występu u Davida Lettermana (zobacz tutaj). Nadal z przyjemnością słucha się charakterystycznego, niemiłosiernie przeciągającego końcówki wokalu Nichollsa.

“He’s A Rocker”

http://www.dailymotion.pl/video/x6szpk_the-vines-hes-a-rocker_music

Zdecydowaną zaletą tego albumu jest równy poziom piosenek. Łączna długość trwania wszystkich kawałków to nieco ponad 30 minut – akurat, żeby sobie puścić na rozluźnienie po ciężkim dniu. Na krążku znalazło się kilka kompozycji wybijających się spośród reszty. Sześciominutowe “True As The Night” dzięki akustyczno-smyczkowej aranżacji przyjemnie kontrastuje z pozostałą częścią materiału. “Autumn Shade III” jest ciekawym odniesieniem do poprzednich części tej ballady, a “Braindead” daje niezłego kopa dzięki “darciu się” i przesterowanym gitarom w refrenie.

“Melodia” to wtórna, krótka i najsłabsza płyta The Vines. Co nie zmienia faktu, że tęskniłem ostatnio za takim graniem i właśnie je dostałem. Pół godziny fajnie napisanych piosenek i porządnego rocka – to też ma swój urok.

Krzysztof Kowalczyk