The Weeknd – “Beauty Behind the Madness”

The Weeknd – “Beauty Behind the Madness”
XO, Republic/2015

Nie czuję swojej twarzy, kiedy tego słucham.

Nie czekałam na ten album. Pewnie nawet bym go nie sprawdziła, gdyby nie zabawny singiel o kokainie, czyli “I Can’t Feel My Face” pojawiający się w różnego rodzaju vinesach. Ale wróćmy do początku. W 2011 roku The Weeknd wydał 3 mixtape’y, które miały swoje lepsze i gorsze momenty, i były jeszcze wtedy bardzo nieoszlifowane, ale zapowiadało się ciekawie. Jednak “Kiss Land” z 2013 roku swoją monotonnością skutecznie mnie do siebie zniechęciło. Nie interesowało mnie zatem to, co Abel Tesfaye miał tym razem do zaoferowania. Ale, ale. Idę na balet i żyję wspaniale*.

W ubiegłym roku w sieci pojawił się jego nowy kawałek – “Often“, który traktował o… sami sobie odpowiedzcie, a tutaj mała podpowiedź: Baby I can make that pussy rain, often / Often, often, girl I do this often. Cóż, teksty nigdy nie były mocną stroną The Weeknd. Ale utwór się wkręcał, temu nie można zaprzeczyć. Później przyszedł “Earned It” i mocno trapowy “The Hills“. Następnie pojawił się “I Can’t Feel My Face“. I tutaj The Weeknd nas zaskoczył. Co za pop! Co za funk! Co za r&b! Bujało mocno! Przyszedł też czas na kawałek współprodukowany przez Kanye Westa – zaledwie poprawny “Tell Your Friends“.

Najlepszy utwór? Oczywiście “Losers” wykonany wspólnie z Labirinthem. I to jest ten power, jakiego Tesfaye potrzebował. Naprawdę, wszystko gra tu ze sobą pięknie, a orkiestrowa końcówka wręcz wymiata. Bardzo popowy “In the Night” również się sprawdza, podobnie jak rozpoczynające płytę, ciekawie zaaranżowane “Real Life”. O dziwo, nieźle wyszedł też lekko akustyczny kawałek z Edem Sheeranem – “Dark Times”.

Teraz czas na pościelówy w stylu “Earned It” (który mogliśmy usłyszeć w “Pięćdziesięciu odcieniach szarości”). A co powiecie na bezwstydną piosenkę “Shameless”, gdzie Abel śpiewa who’s gonna fuck you like meeeee? (czy trafi ona do drugiej części “50-ciu”?). “As You Are” nie powstydziłby się żaden piosenkarz z lat 80. Przy kawałku “Angel” można płakać, natomiast utwór “Prisoner”, na którym gościnnie pojawiła się Lana Del Rey, sprawia, że chce się wcisnąć next.

“Beauty Behind the Madness” jest krążkiem bardzo popowym i wygładzonym. Gdyby nie teksty “z pamiętnika nastolatka”, słuchałoby się tego o wiele lepiej. A tak, cóż, dziwki, koks, jaranie, skakanie z kwiatka na kwiatek, ach jakie to życie jest szalone. Ok, trochę wyśmiałam. Jakieś konkluzje? Owszem, kilka. 1) “Beauty Behind the Madness” to mocno nierówna płyta, 2) jest kilka hitów, 3) jest kilka zapychaczy, 4) to takie the best of / the worst of, 5) najlepiej jest jak The Weeknd skręca w strony funkowe.

Album zdecydowanie dla nastolatek. Ale i poszukiwacze smaczków mogą znaleźć coś dla siebie. Szkoda, że większość utworów jest tak przekombinowana. Być może zbyt wiele osób pracowało przy tej płycie. Dlaczego nie czuję swojej twarzy kiedy tego słucham? Bo momentami jest tak słabo, że potrzebuję znieczulenia, ale czasami zdarzają się tak ciekawe fragmenty, że odpływam.

Ewelina Malinowska

* Taco rzecze