The xx – “Coexist”

The xx – “Coexist”
Young Turks/2012

Przerażająca pustka.

Napaliłem się na tę płytę, jak klienci Amber Gold na krociowe zyski. Niestety, podobnie jak oni, zostałem okrutnie oszukany. I mam wrażenie, że uczestniczyłem w największym muzycznym przekręcie ostatnich lat. Nie odwołam jednak słów zachwytu nad “xx” (recenzja). To nadal płyta piękna i wybitna, ale wydaje mi się, że do stworzenia jej wykorzystali prawie cały swój potencjał.

“Coexist” przeraża pustką. Brzmieniową – brzmi, jak nagrywane w ogromnym hangarze, co byłoby dobrym rozwiązaniem (małość jednostki, wyobcowanie pasują do nich jak ulał), gdyby nie szła z nią w parze pustka piosenkowa. Poza niezwykle cudownym singlem “Angels“, który uwydatnia wszystkie zalety iksów: klimat, chłodny minimalizm, intymność, zmysłowość, ale przede wszystkim fantastyczny warsztat piosenko-pisarski oraz kilkoma ciekawymi patentami Jamiego Smitha (steel drum w “Reunion” najlepszym przykładem) na “Coexist” nie ma nic. Tylko brzmienie. Utwory ciężko nazwać piosenkami, snują się między chropawym wokalem Olivera Sima a wyraźnie zmęczoną, pozbawioną zmysłowości Romy Madley Croft. Teksty co chwilę wpadają w banał. Jest naprawdę źle. Piosenko-pisarstwa na “Coexist” nie ma ani grama (na moment zapominamy o “Angels”). Jest za to brzdąkająca gitara. Granie ciszą? Też nie. Po prostu brak pomysłów. Rażący i bolesny brak.

Nie chciałem, by zmienili styl. Nie oczekiwałem od The xx rewolucji ani ewolucji. Znaleźli swoją formułę, mogli ją znów wykorzystać i byłbym zadowolony, gdyby podparli ją dobrymi piosenkami, ale potrafili napisać tylko jedną. Przez ponad rok. “Coexist” miała być lepszym debiutem, przecież poświęcili jej mnóstwo czasu, sami mówili, że dojrzeli, są bardziej doświadczeni, a nagrali dobrze wyprodukowane demo, które nadaje się tylko do kosza.

Michał Wieczorek