Tides From Nebula – “Earthshine”

Tides From Nebula – “Earthshine”
Mystic/2011

Rewelacja, lecz nie rewolucja.

O tym, że Polacy nie gęsi i swój język mają, wiadomo już od dawna. Ale co o zespole, którego przekaz skupia się tylko i wyłącznie na muzyce?  W dobie polskich wykonawców, którzy obecnie starają się przebić na rynek zagraniczny, Tides From Nebula stanowi pewien wyjątek. Wciśnięci pomiędzy zatwardziałych metali pokroju Behemoth i Vader, którzy od lat zdobywają swoją markę, a młodych wykonawców sceny niezależnej, jak Rebeka czy Twilite wybijających się na zagranicznych festiwalach, jak SXSW czy The Great Escape, stanowią alternatywę. Post-rock przecież w dużej mierze jest muzyką instrumentalną, tam przekazuje się wszystkie emocje, wprowadza klimat, hipnotyzuje słuchacza. A muzycy Tides From Nebula swoim debiutanckim krążkiem “Aura” pokazali, że potrafią tworzyć świetnie zbudowane kompozycje, czym zaskarbili sobie wielu fanów, nie tylko w Polsce.

Drugi album o nazwie “Earthshine” owiany był tajemnicą od samego początku. Nagrywany w górach w pierwszej połowie 2010 roku materiał czekał na swoje wydanie niemal rok. Zniecierpliwienie sięgało zenitu w czasie polskiej trasy koncertowej, gdzie zespół poinformował, że płyta jest gotowa i czeka na wydawcę, bo wiele się tam zmienia. Atmosferę podsycały nowe kompozycje grane na koncertach pokazujące, że w muzyce Tides From Nebula coś drgnęło. Nastąpiła ewolucja brzmienia, rozstrzał między utworami z “Aury” i nowymi kompozycjami był dość wyraźny. Lecz dopiero studyjna wersja albumu o nazwie “Earthshine” pokazała, że ścieżka, którą podążał warszawski kwartet zmieniła się diametralnie.

Zespołowi na pewno wiele dała współpraca ze Zbigniewem Preisnerem, widać to jak na dłoni. Rozlokowanie przestrzeni, specyficzna  normalizacja głośności – wiele z tych rzeczy na pewno uległo tak silnej zmianie dzięki znanemu producentowi, który związany jest raczej z muzyką filmową niż z gitarowym graniem. Jednakże w przypadku Tides From Nebula to nie zgrzyta, a dodaje pewnego animuszu. Sam zespół zdał się ewoluować w kierunku bardziej stonowanych, dopracowanych kompozycji. Mniej w tym post-metalowego szaleństwa i głośnych, rykliwych riffów. Zamiast tego pojawiły się wszędobylskie klawisze, gitary na pogłosach i ambientowa otoczka rozpylona nad ośmioma kompozycjami na “Earthshine”.

Nowe kompozycje to świetne połączenie gitar, które już nie jazgoczą, jak miało to miejsce na “Aurze”. Tutaj każdy dźwięk zna swoje miejsce, wszystko jest wyliczone z dużą precyzją, by trybiki działały jak należy.  Chociaż bywa dość nierówno pod względem umiejętności budowania nastroju i tak płyty słucha się naprawdę nieźle. “The Fall of Leviathan” łączy w sobie niepokorne riffy z debiutu dodając odpowiednich zwolnień, kombinacji z dynamiką i zmieniających się melodii. Zresztą ta modulacja tempa zdarza się dość często na “Earthshine”. Nie ma tutaj galopujących kompozycji. Utwory pędzą raczej z dostojnym kłusem przyspieszając tylko w wymaganych miejscach. Otwierające album “These Days, Glory Days” swoim klawiszowym motywem nadaje ciekawego kolorytu, ciepła wynikającego z brzmienia, “Siberia” surowymi dźwiękami, powolnie rozwijającymi się gitarami wprowadza dozę tajemniczości, a “Caravans”, do którego wrzucono nawet melodię pop-rockową, wybija się jako jeden z highlight’ów, utwór, który na koncertach będzie powodował ekstazę wśród słuchaczy. Całość pięknie nagrana za pomocą sprzętu analogowego nadaje albumowi specyficzną jakość dźwięku, by móc w pełni cieszyć się potężnym brzmieniem płyty warszawskiego kwartetu.

Nie powiem, że jest to album rewolucyjny, bo tego typu zagrywki słyszymy generalnie w post-rockowej stylistyce. Jest to natomiast album rewelacyjny, w moim przekonaniu jeden z albumów roku i na pewno jest on przełomem w polskim post-rocku. Pomimo tak krótkiego stażu Tides From Nebula wybija się na pierwszą ligę tego gatunku w Polsce i stanowi jeden z głównych towarów eksportowych na Europę. Oby tak dalej.

Kuba Serafin

The Fall Of Leviathan by TidesFromNebula