Tides From Nebula – “Safehaven”

Tides From Nebula – “Safehaven”
Mystic/2016

Wystarczy postawić na swoim.

Tides From Nebula to jeden z nielicznych przykładów tego, że bycie kowalem własnego losu ma czasem bardzo dużo sensu. Pamiętajmy jednak o tym, że na taką pozycję muzycy konsekwentnie pracowali od kilku lat. W środowisku fanów tzw. “post-rocka” nie sposób znaleźć osoby, która nie zna tego warszawskiego kwartetu i w jakimś stopniu nie szanuje ich twórczości. Choć można spekulować, że debiutancka “Aura” to ich opus magnum i do jej poziomu mogą ponownie nie sięgnąć, trzeba przyznać, że czwarty album zatytułowany “Safehaven” piekielnie się stara, aby na takie miano zasłużyć.

Produkowanie albumu samemu to strasznie ryzykowny krok, ale w przypadku grupy, która wciągnęła do współpracy m.in. Zbigniewa Preisnera, ciężko nie wierzyć w to, że zespół nauczony doświadczeniem poprzednich wydawnictw zapragnął stworzyć coś na kompletnie własnych warunkach. Dzięki temu zabiegowi na “Safehaven” słychać tu zarówno ciężkie riffy, ambientowe ciągoty i efektywne użycie partii klawiszowych. Mastering Forrestera Savella (producent takich grup jak Karnivool, I Am Giant, Animals as Leaders) dodatkowo wyciągnął wszystko tak, jak trzeba. A jest czego słuchać. Osiem indeksów na czwartym LP Tides From Nebula prezentuje się dość różnorodnie. Chociażby otwierający krążek “Safehaven” uderza w słuchacza falą rozlewających się gitar z przyjemną wokalizą Beli Komoszyńskiej z Sorry Boys, by po chwilowym wyciszeniu przerodzić się w antemiczną, pompatyczną ścianę instrumentów. Albo znany sprzed premiery “We Are the Mirror”, w którym kunsztownie budowana struktura nagle ulega dezintegracji, by nagle eksplodować jedną z najlepszych linii melodycznych w karierze grupy. Oczywiście, zdarzają się potknięcia. “All the Steps I’ve Made” z początku brzmi ślicznie, ale na wysokości trzeciej minuty następuje przesyt, kiedy do głosu dochodzą partie elektroniczne psując nieodwracalnie cały efekt. “Traversing” może trochę za szybko wystrzeliwuje się z dobrych pomysłów i po pierwszym build-upie ciężko jest wrócić do tego samego poziomu. Na szczęście nie brakuje też fragmentów, które z łatwością przykrywają te niedociągnięcia.

Recepta na ich muzykę wydaje się dość prosta – włożyć dużo delay’ów i zobaczyć, jak wszystko się potoczy. Jest to oczywiście bzdura. Brak wokalu sprawia, że w każdą kompozycję trzeba włożyć o wiele więcej wysiłku, by wzbudzić w słuchaczu określone emocje. “Safehaven” naciska właściwe guziki, od początku do końca zgrabnie płynie między nieustannymi crescendo przełamywanymi spokojniejszymi, ambientowymi wstawkami. Choć post-rock jest z natury regresywny, kwartet ciągle zaskakuje nowymi pomysłami uciekając od najprostszych metod. Tym samym Tides From Nebula po raz kolejny udowadniają, że są kilka długości przed rodzimymi kapelami uprawiającymi instrumentalne wariacje rocka. Nie odbiegają też od współczesnych klasyków przewyższając ich nieraz poziomem (choćby całkiem przeciętny “Helios/Erebus” God Is an Astronaut z ubiegłego roku). Nie zamierzam słodzić i mówić, że album przeszył mnie na wskroś, opowiadać o najgłębszych emocjach czy być wobec tej płyty bezkrytyczny. Mogę natomiast powiedzieć jedno – gratuluję sukcesu.

Kuba Serafin