Relacjeprzemek

Tides From Nebula we Wrocławiu – relacja z koncertu w Firleju

Relacjeprzemek

Tides From Nebula we Wrocławiu – relacja z koncertu w Firleju
28.03.2014/Wrocław

Piątkowy wieczór zgęstniał w atmosferze pogłosów i szumów.

Tides From Nebula po dwuletniej absencji we Wrocławiu (nie licząc paru fajnych występów, m.in. z The Ocean w październiku zeszłego roku czy w ramach Męskiego Grania), powrócili do Firleja, by tam zagrać samodzielny koncert, na którym zamierzali promować materiał ze swojego najnowszego krążka, “Eternal Movement”. Na wejście, oprócz oczywistego zapachu, który znajdziemy w każdym koncertowym miejscu na ziemi, zaskoczyła mnie ilość ludzi. Podobnie, jak ostatnim razem, kiedy TFN grali we Wrocławiu, klub był szczelnie wypełniony fanami post-rockowej degrengolady, co właściwie powinno tylko cieszyć, bo nie zapominajmy o tym, że warszawski kwartet obecnie jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych młodych składów grających muzykę instrumentalną, a post-rock wciąż istnieje w świadomości Polaków (i nie tylko) jako względna nisza bądź etap przejściowy między ciśnięciem się w mainstream a brnięciem w bardziej offowe rejony, więc praktycznie wyprzedany koncert muzyki, której nikt nie słucha, jest swego rodzaju osiągnięciem. Zanim jednak Tides From Nebula wkroczyli na scenę, mieliśmy po drodze dwa zespoły wspierające, które grają z nimi przez większość trasy.

Na pierwszy ogień poszedł krakowski Besides. Kwartet w zeszłym roku wydał album “We Were So Wrong”, o którym nie wiedziałem przed samym koncertem, choć, jak się okazało, zyskał całkiem dobre recenzje w środowisku, więc tym lepiej było mi skonfrontować opinię z rzeczywistością. Besides to zespół dobry technicznie, mający ciekawe pomysły na siebie i grający muzykę aż i tylko poprawną. Z jednej strony fajnie, że nie wychodzą poza ramy narzucone przez obecne trendy w muzyce post-rockowej, czyli mogliśmy usłyszeć sporo spokojnych rzeczy z narastającą melodią brnących bez przeszkód do pompatycznego końca, ale ile można? Ponoć zespół umieszcza się między wrażliwością Mogwai a szaleństwem 65daysofstatic. Ja bym jednak pokusił się o stwierdzenie, że grupa chce być chyba dalekim kuzynem amerykańskiego If These Trees Could Talk. Nie dość, że gitary strojone są w podobnym stylu (prawdopodobnie ton niżej od standardowego EADGBE), to połowa kompozycji zasłyszana we Wrocławiu brzmi niczym b-side’y z okresu “Red Forest”. Technicznie, jak mówiłem, nie mam zespołowi nic do zarzucenia. Panują nad efektami, tworzą fajną atmosferę, a perkusista to istna maszyna z fajnymi pomysłami. Co prawda, nakładanie pogłosów na wszystkie bębny to nie zawsze dobry pomysł, bo czasem nie można było nawet usłyszeć fajnych wejść podwójnej stopy, ale to są małe rzeczy, które można wybaczyć. W dużym skrócie, jestem ciekaw, co zespół zaprezentuje dalej, czy pójdzie w stronę kliszy, czy może pokaże pazur i wyrośnie na kolejny młody, mocny skład muzyki instrumentalnej.

Drugi na scenę dumnie wkroczył support (a właściwie współgwiazda trasy), czyli Obscure Sphinx. Po nich mogłem się już spodziewać tego, co zobaczę, gdyż ostatnio grali również przed Tides From Nebula (wraz ze słodkim towarzystwem NAO). Zespół również wydał niedawno swój materiał na nowej płycie zatytułowanej “Void Mother”, która w sporej części była prezentowana we Wrocławiu. Materiał grupy brzmi zdecydowanie lepiej (i ciężej) niż ma to miejsce na krążku, przez co te 8-strunowe gitary mają czym oddychać. Wielebna na żywo prezentuje niesamowite pokłady emocji, które są dobrze przenoszone poprzez muzykę. Lekkie, melodyczne konstrukcje łamały się z przeraźliwymi krzykami, których nie powstydziliby się metalowi wyjadacze. Koncert zebrał zdecydowanie większą publiczność niż Besides, ale domyślam się, że w sporej mierze bierze się to z godziny, podczas której grali oraz, nie ukrywajmy, większej rozpoznawalności, której pierwsza grupa nie posiada jeszcze w takim stopniu. Koncert Obscure Sphinx mogę uznać za bardzo dobry, choć nie zaskakujący. Powodem dla mnie jest przede wszystkim specyfika muzyki, którą grupa gra – ciężka, choć momentami jednostajna. Krzyżująca się między Meshuggah a Isis czy Neurosis, więc odnosiłem nieraz wrażenie, że chyba do końca nie wiem, czy wolę ich w tej doomowej, czy post-metalowej wersji.

Zanim Tides From Nebula wkroczył na scenę, zacząłem się zastanawiać odnośnie tego, jak “Eternal Movement” obroni się na żywo. Czy będzie to lekki niewypał, jak przy koncertach przy poprzednim “Earthshine”, gdzie preisnerowska produkcja na albumie nie była tak mocno odzwierciedlona na żywo, czy może będzie to wielka petarda, jak przy pierwszych koncertach, na których grupa brawurowo wykonywała “Aurę”. Na Męskim Graniu 2012 usłyszeć można było “Hollow Lights” w starszej, aczkolwiek równie mocnej wersji, więc pamiętając tamto wykonanie, starałem się nie martwić zanadto nad tym, co usłyszę za parę minut w Firleju.

Na szczęście wszystkie wątpliwości zostały całkowicie rozwiane zaraz po wejściu grupy na scenę. Lata praktyki wyrobiły w zespole gigantyczną pewność siebie, która była wyczuwalna od samego wejścia. Od pierwszych dźwięków “Up From Eden” z najnowszego albumu do samego finału koncertu w postaci “Tragedy of Joseph Merrick”, zespół bawił się w najlepsze, nie omieszkując wspomnieć, że ten koncert jest jednym z najlepszych, jakie kiedykolwiek grali. Setlista TFN obejmowała właściwie wszystkie trzy albumy grupy, choć trochę po macoszemu potraktowali “Earthshine” wybierając z niego najlepsze trzy kompozycje – “The Fall of Leviathan”, “Caravans” i “Siberia”. Poza tym był to pokaz świetnych przeskoków muzycznych pomiędzy debiutem a “Eternal Movement”, dzięki czemu usłyszeliśmy nie tylko zdecydowaną większość tego ostatniego, ale także uwielbiane przez publiczność “Purr”, “Higgs Boson” czy brawurowe wykonanie “It Takes More Than One Kind of Telescope to See the Light” w trochę unowocześnionej wersji zbliżonej do tego, co zespół muzycznie prezentuje obecnie.

A obecnie trzyma się całkiem nieźle. Przepięknie radosne “Satori” z fenomenalnym riffem wejściowym, “Only With Presence” z czarującym tappingiem (to co z tego, że brzmi trochę jak Russian Circles?!) i rytmicznymi przeskokami czy niesamowite “Let It Out, Let It Flow, Let It Fly”, które budziło do tańca od pierwszej sekundy to tylko niektóre z przykładów tego, co zespół pokazał na “Eternal Movement”, który w moim mniemaniu był jednym z najlepszych albumów ubiegłego roku, a koncertowa forma tych utworów jedynie utwierdza mnie w tym przekonaniu. Jest coś niezwykłego w tych wykonaniach. Duża lekkość w graniu, wielka pewność siebie, ciągły uśmiech na twarzy muzyków, do tego dochodzi bardzo duża kontrola instrumentów – oprócz genialnego duetu Waleszyński-Karbowski nie wolno zapomnieć o potężnym basie Przemka Węglowskiego słyszalnego bardziej niż kiedykolwiek (nie tylko dlatego, że teraz co chwila wychodzi na piedestał, by pochwalić się, że jest w basowej ekstazie), ale także o perkusji Tomka Stołowskiego – szarej eminencji Tides From Nebula, która trzyma w ryzach całą tę maskaradę dźwięków i rozpływających się plam w typowy dla siebie, w pełni profesjonalny sposób. Cały kwartet pracuje na to od początku do końca, by szkatułkowe kompozycje zespołu grały tak jak powinny od pierwszych do ostatnich sekund – pełne rozpraszających się dźwięków, które zazębiają się w oczyszczających finałach, czyli tak, jak powinien brzmieć post-rock w światowym wydaniu.

Reasumując, był to świetny wieczór, pełen przejmujących emocji, potężnych riffów i wszechogarniającej radości, która szczelnie zakryła cały Firlej. Od pięciu lat obserwuję ich dokonania i w tym momencie Tides From Nebula to zespół, który jest w lepszej formie niż kiedykolwiek, więc życzę chłopakom z całego serca, aby jeszcze bardziej zaistnieli na mapie sceny post-rockowej, bo w pełni na to zasługują. Najwyraźniej nie tylko ekstremalnym metalem Polska w świecie stoi!

Kuba Serafin