Tiger & Woods – “Through the Green”

Tiger & Woods – “Through the Green”
Running Back/2011

Zabawa bez zobowiązań.

Kiedy pierwszy raz (drugi chyba zresztą też) włączyłam “Through the Green”, nie byłam zadowolona. Nudne to, cały czas tak samo, bez sensu. Płyta na parkiet, ale nie do słuchania. Ale jeszcze dwa czy trzy spotkania i nagle na przystanku autobusowym przyłapuję się na nuceniu “Curb My Heart” i nie mogę żyć, jeśli nie zapuszczę sobie “Kissmetellme”. Podstępna bestia ten tygrys. Albo raczej jaguar.

Ale dosyć o prywatnych doznaniach recenzenta (w końcu kogo to obchodzi) przejdźmy do konkretów. Tiger & Woods to dwaj didżeje, którzy nie są odpowiedzialni za projekty Cleo & Patra i Pop & Eye ze swojej wytwórni Editainment. (Jak stwierdzili: znamy tych ludzi, i mówiliśmy im – nikt wam nie uwierzy!“). Są za to odpowiedzialni za kilka ładnych minialbumów, dużo szumu spowodowanego tajemniczością i “Gin Nation” (zawarte na płycie). Ich debiutancki album jest w dużej części oparty na cudzej twórczości, ale nie chcieli się do niej ograniczać, dlatego do współpracy zaprosili śpiewającą panią. Ukryli ją pod pseudonimem “Em” i oczywiście nie mają zamiaru udzielić żadnych informacji na jej temat, oprócz tego, że w ich mniemaniu czeka ją świetlana kariera. Pani ma rzeczywiście przyjemny wokal, momentami przywodzący na myśl Mariah Carey, co do stylistyki “Through the Green” pasuje znakomicie. Udziela się w “Don’t Hesitate”, “Curb My Heart” (to przez nią utwór każe się nucić) i kończącym płytę “Speed of Light”.

Metoda twórcza duetu jest prosta i słyszalna od razu – Tiger i Woods kochają zapętlenia. Przyczyną tej miłości jest pragnienie wyodrębnienia tych paru sekund, które urzekają ich w piosence. Panowie chcą wyjąć ten moment i wydłużyć go w nieskończoność, co nie jest chyba potrzebą nieznaną przeciętnemu fanowi muzyki. Gatunek, którym fascynują się autorzy “Through the Green” to disco lat 70. i 80. Z loopów tworzą kawałki housowe, które nazywają future boogie, co jest całkiem adekwatnym określeniem.

“Through the Green” jest pięknym albumem ze wzlgędu na nastrój. Mógłby się nazywać “Feeling Good”, jak znana piosenka wykonywana m.in. przez Ninę Simone, jest podobnie lekki i beztroski. Kawałki nie schodzą poniżej sześciu minut, wobec czego intro trwa średnio około dwóch, motyw przewodni to powtarzalność. Nie jest to jednak album wciągający w trans. Nie ma się za bardzo w co wsłuchiwać, ale jednocześnie muzyka nie nudzi – po prostu towarzyszy i uprzyjemnia czas. Oczywiście najstosowniej brzmiałaby w klubie, ale dobre głośniki domowe też dadzą radę. Byle nie za cicho. Jest tu gra słowem (“Gin Nation” jest oparta na samplach Imagination) ale nie ma mowy o skłanianiu do refleksji, zupełnie nie o to chodzi. Let it all fade away. Tiger & Woods oferują nam ponad godzinę dobrej zabawy bez zaangażowania. Let’s have fun.

Katarzyna Borowiec