Tin Pan Alley – “All Hail the Omnipotent Universe!”

tpa-cover.jpg Tin Pan Alley – “All Hail the Omnipotent Universe!”
Antena Krzyku/2011

Pop to czy nie pop. Oto jest pytanie.

Ważne jest też pytanie, czy Kuba Ziołek podpisał pakt z diabłem. Płyty nagrywa prawie że taśmowo, cztery z trzema różnymi składami w ciągu półtora roku. Daleko mu jeszcze do Omara Rodriguez-Lopeza, ale w przeciwieństwie do gitarzysty The Mars Volta, wszystkie jego płyty są dobre lub bardzo dobre. Tak, ostatnie Tin Pan Alley też.

W porównaniu do debiutu “Palm Waves: Figures for Chants, Quotes & Noise Bursts” nie zmieniło się wiele. Jak to zwykle bywa tam, gdzie udziela się Kuba Ziołek, muzyka jest pogrążona w otchłaniach zaoceanicznego grania. Słychać nerwowość Sunny Day Real Estate, hałas i motorykę Sonic Youth, melodyjność Beach Boys, szaleństwo noise rockowców.

Różnica jest jedna, ale bardzo ważna. “All Hail the Omnipotent Universe!” jest jeszcze bardziej melodyjna i popowa niż poprzedniczka. Nie jest to przaśna i nachalna popowość rodem z Eski. W tym gąszczu gitarowych przesterów kryją się melodie, których radiowy potencjał jest ogromny. Jednak inne czynniki sprawiają, że TPA niekoniecznie jest najlepszym kandydatem do podboju eteru.

Nie ma to żadnego związku z poziomem płyty, która, jak pisałem, jest świetna. Po prostu piosenki Tin Pan Alley często przechodzą w instrumentalne improwizacje, co chyba najlepiej słychać w “The Morning Fall”. Pierwsze trzy minuty to świetna popowa piosenka z dziewczęcym wokalem (gościnnie udziela się Paula Bialski), a następne pięć to gitarowa jazda najwyższej próby. Bardzo z tym kontrastuje delikatne “Palm Waves” czy urocze “Mazatlan” i “Official Call”, choć ich urok to przede wszystkim pierwsze minuty tych piosenek, bo potem znów do głosu dochodzi miłość do improwizacji i gitarowego jazgotu.

Tak się to przeplata na “All Hail the Omnipotent Universe!”. Raz jest melodyjnie, raz hałaśliwie. Za każdym razem wyśmienicie. Szkoda tylko, że to naprawdę ostatnia płyta w tym składzie i pod tą nazwą. Dobrze, że nie zepsuli pożegnania i, cytując klasyka, schodzą ze sceny niepokonani.

Impro pop? Całkiem ładna łatka dla nich.

Michał Wieczorek