Titus Andronicus – “The Monitor”

  titus_andronicus_the_monitor.jpg Titus Andronicus – “The Monitor”
XL/2010

O Wojnie Secesyjnej trochę inaczej.

Concept albumy przechodzą ostatnio raczej ciężkie czasy. Gdybym miał wskazać godną uwagi zeszłoroczną płytę tego rodzaju, wymieniłbym tylko “Hospice” The Antlers. Przyznam, że po usłyszeniu określenia “concept”, moje skojarzenia biegną przeważnie w stronę ubóstwianych przez rodzimych starszych słuchaczy kolosów dawnego prog-rocka. Oczywiście to prosty stereotyp, z którym łatwo zerwać, co pokazuje “The Monitor” Titus Andronicus.

Melodyjne i przybrudzone gitary, wręcz łopatologicznie prosta struktura utworów pasuje do młodzieńczego i beztroskiego grania spod znaku Los Campesinos!, ale nie do opowieści o krwawych losach wojny, która podzieliła Stany Zjednoczone Ameryki. A właśnie taką tematykę przyjęli nowojorczycy, tytułując jedną z piosenek “The Battle of Hampton Roads” (pierwsza w historii bitwa okrętów pancernych, pomiędzy USS Monitor a CSS Virginia – patrz, nazwa płyty) lub umieszczając fragment przemówienia Abrahama Lincolna. Dziesięć kompozycji tworzących “The Monitor” nie jest ze sobą ściśle powiązanych, ale luźno osadzonych na motywach wyjętych z tego XIX-wiecznego konfliktu. I to stało się ich największą bolączką.

Mimo momentów intrygujących muzycznie, jak “A Pot In Which To Piss”, zabrakło większej inwencji i pomysłów odnoszących się bezpośrednio do historii. Spójnej warstwie tekstowej za wiele zarzucić nie można, chciałoby się natomiast częściej słyszeć wojenny chaos i adrenalinę, taką jak w rock’n'rollowym “Titus Andronicus Forever”, w którym grupa wykrzykuje słowa “The enemy is everywhere!”. Cieszą ozdobniki w rodzaju wojskowego werbla w “Richard II”, lecz mimo wszystko pozostaje niedosyt po niewykorzystanym potencjale. Za dużo jest tu zwykłego rocka w stylistyce lo-fi, za mało przyjętej konwencji.

“The Monitor” można przyjemnie kilka razy przesłuchać i nie będzie to czas stracony, ze względu na kilka niezłych piosenek. Wątpię natomiast, aby za rok ktokolwiek pamiętał o tym krążku.

Krzysztof Kowalczyk