Tomasz Makowiecki – “Moizm”

Tomasz Makowiecki – “Moizm”
Sony Music/2013

Szlachetna nuda.

Od poprzedniej solowej płyty Tomasza Makowieckiego minęło ponad sześć lat. Nie zniknął całkowicie, udzielał się w Silver Rocket Mariusza Szypury i No!No!No! z muzykami Myslovitz. Poza tym spełniał się w roli ojca i dłubał przy szkicach piosenek, które wypełniły “Moizm”.

Makowiecki całkowicie odszedł od gitar i zakochał się w latach osiemdziesiątych. Nie dajcie oszukać się “Holidays In Rome”, tak przebojowych, tanecznych piosenek na tym albumie więcej nie ma. To rzecz do słuchania, nie do tańcowania. Makowiecki podkreśla ten zamysł rozpoczęciem “Moizmu” od dziesięciominutowego “Dziecka księżyca”. W tym jednym utworze kumuluje się cała zawartość najnowszego albumu trójmiejskiego muzyka. Jest stylowo, niespiesznie. Każdy dźwięk ma swoje miejsce, nie ma mowy o przypadkowości. To dzieło wypieszczone w każdym calu. Skłaniające do zadumy, najlepiej już po zmierzchu. Są i dwaj goście, z najwyższej półki, Józef Skrzek i jedyny w swoim rodzaju Władysław Komendarek, legenda polskiej elektroniki. Ten drugi pojawia się w kończącym całość “Ostatnim brzegu” i skrada całe show. Tak robią tylko najwięksi.

Gdy nie towarzyszą mu goście Tomasz robi równie dobre wrażenie. Choć poza singlem na “Moizmie” nie ma żadnego kandydata na przebój, nie można się od niego oderwać. Mimo że to snuj, jakich mało. Smęcić i nudzić przecież też trzeba umieć, a on najwidoczniej uczył się od najlepszych. Wysmakowane struktury dźwięków czarują i hipnotyzują.

Michał Wieczorek