Relacjeprzemek

Tomasz Stańko i Piotr Damasiewicz w Wytwórni

Relacjeprzemek

Tomasz Stańko i Piotr Damasiewicz w Wytwórni
Łódź/30.07.2015

Letnia Akademia Jazzu na półmetku, ale najlepsze dopiero przed nami.

Letnie jazzowe święto w Łodzi dotarło do półmetka. I chociaż za nami koncerty takich znamienitości jak Charles Lloyd, Marcin Wasilewski czy Konglomerat Big-Band, to dopiero przed nami Mark Feldman, Rene Marie, Marek Napiórkowski, Aga Zaryan oraz Orkiestra Rosemary’s Babies. Czy jednak któremuś  z nadchodzących koncertów uda się powtórzyć sukces frekwencyjny, jaki odniósł podczas tegorocznej LAJ Tomasz Stańko? Z całego serca życzę tego muzykom i organizatorom, ale osobiście wolałabym już nie doświadczać słuchania koncertu jazzowego w atmosferze rodem z jednego z wagonów pociągu jadącego na Woodstock.

Najpierw cisnę gromy. Bo przez organizatorski bałagan ten fantastyczny koncert, któremu pod względem muzycznym niewiele mogę zarzucić, pozostawił niesmak. Bo choć rozumiem zasady ekonomii, popytu i podaży, to nie rozumiem sadystycznego upychania ludzi na sali, na którą bilety zostały już dawno wyprzedane, a co gorsze – nie rozumiem, czemu ktoś postanowił wpuścić jeszcze ogromną grupę osób na długo po rozpoczęciu koncertu. Zapewniam, że nie sprzyja słuchaniu, skupieniu i rozkoszowaniu się muzyką ciągłe trzaskanie drzwiami, popychanie, szturchanie, przepychanie, rozmawianie, szukanie wolnych miejsc siedzących, spacery po balkonach. A później wychodzenie w połowie wydarzenia, bo za gorąco, bo piwo się skończyło, bo telefon zadzwonił, bo foch z powodu zwrócenia uwagi na przykry zapach spowodowany zdjęciem butów (nie, nie wymyśliłam tego na potrzeby ubarwienia relacji. Rzeczywistość okazała się jak zwykle niezawodna i ciekawsza od wyobraźni). Druga część koncertu, gdy na scenie stał już Tomasz Stańko z zespołem, okazała się pod kątem logistyczno-organizacyjnym jeszcze ciekawsza, bowiem nienumerowane miejsca na biletach wyzwoliły w słuchaczach małych anarchistów i jeśli tylko wychodząc na przerwę na fotelu nie została torebka/marynarka/kartka z napisem “zajęte”/partner, to po powrocie należało szukać nowego miejsca. Poprzednie było zajęte przez uroczą osóbkę, która z wyrazem twarzy anioła zapewniała, że “no przecież było wolne”. I zabawa w trzaskanie drzwiami, popychanie, szturchanie, przepychanie, rozmawianie, szukanie wolnych miejsc siedzących, spacery po balkonach rozpoczęła się od początku.

Muzycznie, przynajmniej na tyle, na ile udało mi się usłyszeć, było fantastycznie. Ponieważ wieczór poświęcony był pamięci Tomasza Szukalskiego, nie mogło zabraknąć na nim Tomasza Stańki i materiału z “Balladyny”, którą 39 lat temu wspólnie nagrali dla niemieckiej wytwórni ECM. Wówczas był to fenomen – polscy muzycy nagrywali w studiu, w którym pracowali Jan Garbarek, Bobo Stenson, Chick Corea, Keith Jarrett, Pat Metheny. Dzisiaj “Balladyna” nadal zachwyca. Systematycznie odświeżana, doczekała się kilku nowych aranżacji i wykonań w zmienionych składach. Materiał jest jednak tak doskonały i tak “plastyczny”, że wszelkie nowe aranżacje nie szkodzą mu. Podczas ostatniego wykonania w Wytwórni, moją uwagę szczególnie zwróciło mocne zaakcentowanie perkusji. Olavi Louhivuori, fiński perkusista jazzowy, którego miłośnicy Stańki mogą kojarzyć z projektu “Dark Eyes”, doskonale wyprowadzał ów instrument z cienia trąbki i saksofonu (również fantastycznie grającego Adama Pierończyka). Pokazywał jego wszechstronne możliwości, nie tylko jako instrumentu rytmicznego. ale chwilami wręcz budującego melodię. Pokuszę się także o stwierdzenie, że to solówki Louhivuoriego zrobiły na mnie największe wrażenie. Funkcja rytmiczna spadła głównie na Sławomira Kurkiewicza na kontrabasie, który pozostał cichą eminencja tego koncertu. Stańko pełnił podczas tego koncertu funkcję mistrza – słuchał, nadzorował, kontrolował i bezbłędnie wykonywał swoje partie. Pierończyk dzielnie mu wtórował i idealnie synchronizował się podczas wspólnych fragmentów. W “Num” jego saksofon nie ustępował saksofonowi Szukalskiego, znanemu z oryginału, w dialogowaniu z trąbką Stańki.

Niemałym osiągnięciem jest, po niemalże 40 latach i dziesiątkach nowych aranżacji, w taki sposób zaprezentować materiał, żeby zachował doskonałość oryginału, a jednocześnie brzmiał świeżo i ciekawie. Stańce i jego kwartetowi udała się ta sztuka. “Balladyna” znowu zachwyciła spójnością, przemyślanym charakterem, motywami, które powtarzane są niczym mantra, a które mimo osłuchania wcale nie są monotonne. I rozumiem, że słuchaczom nie można odmawiać takiego dobra, jak Tomasz Stańko na żywo, ale prosiłabym jednak o robienie tego w bardziej przemyślany sposób, a wszystkim będzie się słuchało i oglądało tylko z przyjemnością.

Sandra Kmieciak