Toto – “XIV”

Toto – “XIV”
Frontiers Records/2015

Sequel całkiem udany.

Minęło prawie dziesięć lat od wydania “Falling In Between” (2006). Tyle musieliśmy czekać na nowy album grupy Toto. Pytanie czy warto było?

Zważywszy na przetasowania w zespole, powroty (np. Joseph Williams znany z wydawnictw: “Fahrenheit” – 1986 i “The Seventh One” – 1988), fakt, że był rozpad i reaktywacja, na owy trzynasty studyjny krążek zatytułowany “XIV”, kontynuację słynnego “Toto IV” z 1982 roku, opłacało się czekać. Gdy zespół z tak długim stażem jak Toto (38 lat!) nagrywa nowy album, słuchaczom trudno uniknąć porównań do poprzednich wydawnictw, a muzykom kopiowania samych siebie, kolokwialnie mówiąc – zaserwowania odgrzewanego kotleta. Bo nawiązanie do własnej przeszłości to pewnego rodzaju sztuka. Nagranie albumu utrzymanego w klimacie wcześniejszych dokonań, przesiąkniętego własną twórczością, a jednocześnie brzmiącego w miarę “świeżo” jest umiejętnością godną uznania. Panowie z Toto stanęli na wysokości zdania – produkcja skrojona na współczesne czasy, ubarwiona odwołaniami do muzyki lekko trącącej myszką, tworzy zacną całość. Można odetchnąć z ulgą.

“XIV” to bogaty materiał obfitujący w różne smaczki. Na pierwszy plan wysuwa się Steve Lukather i gitara. Słychać to już na przysłowiowe dzień dobry w rytmicznym i chwytliwym “Running Out of Time” – to przyjemna porcja rocka z wpadającym w ucho refrenem i gitarowymi motywami. Riffów nie brakuje (np. “Holy War” czy interesująca solówka w epickim “Great Expectations”, kojarzącym się swoją drogą z “Better World (Parts I, II & III)”). Są też niespodzianki… Chociażby “Chinatown” (coś dla fanów drugiego w dorobku grupy krążka “Hydra” z 1979) – ten kawałek urzeka grą kontrastów i mieszanką stylów – funkowy wydźwięk, szczypta jazzu, fortepian, saksofonowe wstawki i wokalne trio: David Paich, Joseph Williams i Steve Lukather. Takich elementów zaskoczenia jest kilka, np. kawałek “The Little Things”, w którym po raz pierwszy od czasu “Toto IV” pojawia się głos Steve’a Porcaro (podobnie zresztą jak i w bonusowym “Bend”) albo równie klimatyczna i subtelna ballada “All the Tears That Sine” gdzie David Paich urzeka melancholią w głosie. Na uwagę zasługuje też zmiana tempa w “Orphan” – najpierw gitarowy, typowo balladowy wstęp a im dalej tym więcej energii, pojawia się rockowy pazur, dzięki czemu jest power! Podobny power wyłania się również w wielowarstwowym “Burn” – niepozorne, klawiszowe otwarcie i linia basu (gościnnie Leland Sklar), przeplatane zdecydowanymi akcentami gitarowymi oraz prawdziwa eksplozja w refrenie! Dodatkową atrakcję będą mieli Japończycy, na tamtejszy rynek trafi wersja z bonusem w postaci wspomnianego wcześniej popowo-ambientowego, niezwykle klimatycznego utworu “Bend”.

Chcąc wskazać jakieś minusy i przyczepić się do czegoś, można mieć jedynie zastrzeżenia co do konstrukcji piosenek. Momentami niektóre kompozycje wydają się być żywcem wyjęte z szalonych lat osiemdziesiątych… Melodie nabierają brzmienia i kształtują się na wzór przebojów z tamtego okresu, ale czy to aby na pewno aż tak rażące uchybienie? Dla fanów rocka z lat 70. i 80. będzie to z pewnością atut.

Kończąc optymistycznym akcentem, gdybając i zarazem wybiegając nieco w przyszłość, pozwolę sobie zaryzykować stwierdzeniem, że gdyby z Panowie z Toto już nie mieli zamiaru stworzyć niczego nowego, a płyta “XIV” miała by być ich krążkiem pożegnalnym, owe pożegnanie byłoby zacne, a mówiąc prościej mogliby spokojnie odejść z podniesionymi głowami.

Aneta Wieczorek