Tropics – “Rapture”

Tropics – “Rapture”
Innovative Leisure/2015

Chillwave umiera.

Nadchodzi wiosna, a wraz z nią chillowe brzmienia. Jedne przemawiają do nas bardziej, inne mniej, ale jedno jest pewne – czas chillwave’u już dawno minął. Świadczy o tym najnowszy album Tropics – “Rapture”, który nie wzbudza zbyt wielu emocji.

Najgorsze są te albumy, o których niewiele da się powiedzieć, które nie są ani świetne, ani wybitnie złe. Przez takie “średniaki” możemy odnosić wrażenie, że po prostu coś gra w tle (to tak jak niektórzy włączają telewizor, aby coś grało). Jednak identyfikowanie tych dźwięków mogłoby zepsuć nam humor, więc lepiej tego nie robić. Z “Rapture” jest tak, że głębsza analiza aż tak bardzo nie boli, ale jest zwyczajnie zbędna.

Tropics nagrał płytę, która od swojej poprzedniczki różni się najbardziej tym, że jest na niej dużo wokalu (jak dla mnie – nieco irytującego po dłuższym wsłuchiwaniu się). Dźwięki na “Parodia Flare” były wyjątkowo wciągające, a było to zasługą spokojnych aranżacji, atmosferycznych brzmień i być może tego, że muzyk nagrywał ten album w swoim domu. Z jego drugim krążkiem już tak fajnie nie jest. Niby wszystko jest wyprodukowane tak, jak powinno, dźwięki ładnie się ze sobą lepią, ale… Na debiutanckiej płycie Tropics dostaliśmy trochę miejsca dla siebie, na swoje myśli. Natomiast na “Rapture” w centrum uwagi jest tylko Chris Ward. Jedynym pięknym wyjątkiem jest “House of Leaves”, chociaż poziom trzyma też bardziej gitarowy utwór “Gloria”.

Czy chillwave umarł? Biorąc pod uwagę to, co nagrał ostatnio Toro y Moi, Panda Bear i Tropics – odpowiedź jest twierdząca. Ale przecież zawsze można wrócić do płyt z lat 2009-2011 i nasycić się tymi ciepłymi brzmieniami lub ewentualnie poczekać na to, co przyniesie nowy album Memory Tapes (chociaż lepiej nie mieć wielkich nadziei).

Ewelina Malinowska