“Tylko dziwki i plaży brakuje”

Tylko dziwki i plaży brakuje”

Wywiad z Peterem J. Birchem.

Mateusz Grzeszczuk: Z uśmiechem na twarzy obserwuję stale publikowane przez ciebie i Borówę (managera) zdjęcia z często abstrakcyjnych sytuacji, w których uczestniczycie. Do tego historie, które pokazują waszą “ludzką” twarz, pewną koncertową codzienność. Dla wielu fanów może być to pewien sygnał, że chcesz pokazywać siebie nie tylko jako muzyka, ale także kogoś, kto żyje i stąpa po ziemi tak samo jak inni. Biorąc pod uwagę wszystko to, co zobaczyłem, przeczytałem, zadam pytanie, czy przypadkiem nie jesteście zbyt szaleni w porównaniu do tego całego “nadymanego” rodzimego, muzycznego podwórka?

Peter J. Birch: A skąd. Dlaczego mielibyśmy udawać kogoś, kim nie jesteśmy? Ja poza sceną jestem gościem, który tak samo jak każdy lubi się pośmiać i powygłupiać. Nie wstydzę się tego. Nie analizuję swojego wizerunku, ale wiadomo, że czasem trzeba pomyśleć czy się nie przegnie, bo kiedy już ktoś cię trochę kojarzy, to czasami pewnych rzeczy zwyczajnie nie wypada robić. Ale nie mogę udawać, że jestem wiecznie w stanie melancholii czy skupienia, które często towarzyszą mi podczas grania. To wszystko co robię jest na maksa szczere. I to, gdy śpiewam z wielkim przejęciem i to, kiedy się wydurniam.

Często artyści w kwestii budowania pewnego wizerunku w mediach unikają właśnie tego typu mechanizmów, co jest również niezrozumiałe. Wracając do kwestii przygód w trasie – które z nich zapamiętasz do końca życia? Która może była najbardziej traumatyczna?

Tych przygód było tak wiele, że naprawdę trudno przytoczyć jakąś tak od ręki. Pomijam, że o niektórych zwyczajnie nie powiem (śmiech). W końcu what goes on tour, stays on tour.

Jedna z ostatnich to koncert w Serbii, gdzie praktycznie nikt nie przyszedł i czekaliśmy 3 godziny na ludzi, bo właściciel twierdził, że przychodzą po 23:00. Wypiliśmy trochę whisky przy barze, po ponad 2 godzinach czekania postanowiłem, że zacznę grać dla garstki osób. Po jednym kawałku na scenie, na której był fatalny dźwięk, postanowiłem wziąć gitarę, szklankę whisky i zagrać przy barze. Uratowałem ten wieczór jak tylko się dało. Podobało się. W większości to byli panowie, lekko już wstawieni, więc nie chcieli, żebym przestał. “Borówa” zasnął na sofie, ja zwinąłem czym prędzej sprzęt i uciekliśmy stamtąd. To był dziwny klimat, ale z drugiej strony takie koncerty uczą pokory. Jest w nich coś takiego, że mimo iż wtedy czuje się “załamkę”, to później wspomina się to dość ciekawie.

A co z samochodem, który wam podobno zalało w Wiedniu? (śmiech)

Na drugi dzień, mimo ulewy, nic nie przeciekało, więc Borówa uznał, że w takim razie “samo się naprawiło” (śmiech). Tak jeździmy do dzisiaj. Ale idzie zima! (śmiech)

Ja to się czasami śmieję, bo często kiedy komunikujemy się z artystami, to rzadko znamy ich managerów i przedstawicieli. W sytuacji Bartka sprawa wygląda zupełnie odmiennie – wydaje się, że tworzycie jeden zgrany zespół i on sam jest doskonale rozpoznawalny. Tutaj dodatkowy atut – dobra organizacja tras poza granicami. I pytanie – jak oceniasz reakcje publiczności, wrażliwość muzyczną, porównując Polaków z zagranicznymi słuchaczami?

Myślę, że jest ona porównywalna. Zarówno tu i tam na tego typu koncerty przychodzą raczej ludzie świadomi tego, co usłyszą. Więc siłą rzeczy chociaż trochę się orientują w klimacie.

Oczywiście nie jest tak w przypadku wszystkich, ale myślę, że naprawdę odbiór i podejście bywa bardzo podobne. Z jakimś wielkim “hejtem” nie spotkałem się jeszcze za granicą. W Polsce raczej też, choć gdzieś tam czasem pojawi się negatywny głos. Najgorsze, gdy jest on bezpodstawny lub nie tyczy się muzyki, tylko jakichś innych bzdur. Ale podobno “im więcej hejtu, tym bardziej fejm rośnie” (śmiech). Ja jednak patrzę z dystansem zarówno na pozytywny, jak i negatywny odzew. Staram się robić swoje, bo inaczej bym oszalał.

A co do “hejtów” to od niedawna powinienem do ciebie mówić “Piter Dżej Bercz”?

Raczej “Piter Dżej”, bo tak zostałem zapowiedziany w TV przy okazji mojego występu w programie “Świat się kręci”. Nie ukrywam, że to dla mnie żenująca sytuacja, kiedy znana dziennikarka z takim stażem jak Agata Młynarska, mimo iż miała wszystko ładnie napisane i na próbie podobno sobie z tym doskonale radziła, nie mogła wypowiedzieć poprawnie mojego pseudonimu. Czy to tak wiele? Pomijam fakt nazwania mnie “zespołem akustycznym” (dobrze, że tu nie walnęła literówki). A przy okazji “Piter Dżej Bercz” to w miarę poprawna wymowa mojego pseudonimu. Byłem już mostem, ptakiem, brodą, tylko dziwki i plaży brakuje. Taki los.

Jak dotychczas oceniasz współpracę z dziennikarzami? Media lubią P. J. Bircha czy raczej przeszkadzają?

Powiem ci szczerze, że niestety rzadko mam przyjemność rozmawiać z prawdziwymi dziennikarzami. Często są to ludzie, którym nie chce się nawet udawać, że się przygotowali. I wtedy padają albo te okropne pytania typu: strasznie mnie to nurtuje, skąd pomysł na pseudonim? (serio! z tym nurtuje to był mistrz). Oczywiście ten “dziennikarz” twierdził, że czytał kilka wywiadów i się przygotowywał do rozmowy. Więc czy ty czytając pytania poprzednika powielałbyś ten sam schemat, czy raczej zależałoby ci na tym, by dowiedzieć się czegoś więcej lub po prostu zadać inne pytania? Odpowiedź jest oczywista. Jednak pierwsze miejsce na podium zajmuje dziennikarka z Poznania, która po bodajże moim dwunastym koncercie w tym mieście pyta mnie: jak się czujesz po swoim pierwszym występie w Poznaniu? Odpowiedziałem, że jak na mój dwunasty koncert, czuję się świetnie, tym bardziej, że grałem już w tym miejscu. Zero wstydu. Jej kolejne pytanie: skąd pomysł na pseudonim…. No i reszta już wiadomo. Żeby jednak nie było, że narzekam, zdarzają się bardzo przyjemne rozmowy z ludźmi, w których od razu da się wyczuć pasję i przygotowanie. Wtedy jest łatwiej obu stronom.

Nawiązując do recenzji, zgadzasz się z opinią, że dzięki temu, że pozostajesz twórcą dla stosunkowo wąskiej grupy słuchaczy, nie grozi ci zagłaskanie i uroki masowej popularności? Pewną popularność, zainteresowanie i pochwały traktowałbyś w kategoriach “muzycznych gróźb”?

Oczywiście, że chciałbym dotrzeć z moją muzyką do jak największej liczby słuchaczy. Sądzę, że każdy tego chce, ale nie każdy się przyznaje. Bycie popularnym, a bycie gwiazdą/celebrytą to różne bajki. Chciałbym być popularny tylko i wyłącznie dzięki mojej muzyce, dzięki moim albumom. Jeśli tym miałaby być moja popularność, to dlaczego nie? Jeśli ktoś mówiłby: Aaa, od razu słychać, że to Peter J. Birch. Cały czas trzyma poziom, to czy nie byłoby to fajne? Żyjemy jednak w Polsce, a moja muzyka dla Polaków jest skrajnie alternatywna. Jestem spokojny i opanowany względem różnych pochwał czy obietnic, które gdzieś tam się pojawiają. Nie tracę głowy, bo wiem jaka jest rzeczywistość. “Yearn” jak już gdzieś się pojawia, to zbiera bardzo dobre recenzje. I takie coś wzmaga we mnie chęć działania, ale nie powoduje żadnych innych zmian. To samo z negatywnymi opiniami. Tak jak już mówiłem wcześniej – robię swoje, a przy tym nie da się każdemu dogodzić.

Od premiery klipu do “Don’t Know What to Do About Myself” minął już ponad miesiąc. Jak pisały media: Historia pewnego uczucia, przyciemnione światło i niespieszne ujęcia. Jak wspominasz pracę na planie? Skąd taka koncepcja?

Pomysłodawcą klipu jest Maja Kimbar, reżyserka, z którą spiknął mnie Marek Lechki (może widziałeś jego “Erratum”?), który pochodzi tak jak ja – z Wołowa. Wysłałem jej dwa utwory z płyty, do których chciałbym zrobić klipy, bez żadnego pomysłu odnośnie historii. Maja napisała scenariusz i pewnego pięknego czerwcowego dnia nakręciliśmy całość. Praca na planie, w szczególności część weselna była wspaniała. W roli statystów wystąpiła moja rodzina, przyjaciele i znajomi, więc nie trzeba było ich specjalnie integrować, dlatego wypadli doskonale i w pełni naturalnie! Ten klip to też swego rodzaju pamiątka. Ma jeszcze powstać making of, na który czekam z niecierpliwością. Było dużo dobrej zabawy, ale też ciężkiej pracy. Korzystając z okazji chciałbym jeszcze raz podziękować wszystkim, którzy brali w tym udział. W końcu pomagali też z całą dekoracją i musieli znieść ten okropny upał w stodole. Wierzę, że było warto!

Z tego co mi wiadomo to też trwają prace nad nowym klipem, czy się mylę?

Prawda. I to nie nad jednym. Będzie jeszcze… kilka.

Wracając jeszcze do tematu – koncertujecie za granicą. Sam wspominałeś, że na koncerty przychodzi garstka ludzi, czasami jest ich więcej. Czasami skutkuje to takimi tytułami: Peter J. Birch: ein polnischer Gitarren-Picker, czasami bez odzewu. Czy międzynarodowe granie bardziej traktujesz jako przygodę, zdobywanie doświadczenia, czy liczysz na odzew np. lokalnych mediów, tego, że na sali znajdzie się ktoś “ważny”?

Z “Borówą” mamy takie podejście, że nie nastawiamy się na nic, dzięki czemu możemy się zawsze pozytywnie zaskoczyć. Żadnych większych oczekiwań. I to przynosi skutki. Powoli się rozwija. Miałem już fenomenalny koncert w Darmstadt, na który przyszło 150 osób w małym teatrze i sprzedałem tam najwięcej płyt ever, a sam koncert uratował nam finansowo całą trasę, o którą zawsze modlimy się, żeby nie dołożyć. Teraz już któryś raz z kolei wspomaga nas Instytut Adama Mickiewicza, dzięki czemu nie musimy dokładać naszej prywatnej kasy. Zazwyczaj wychodzimy na tych wyjazdach “na zero”. W pewnym sensie jest to przygoda, Bartek zawsze tak mówi, ale dla mnie granie jest najważniejszą rzeczą na świecie. Bez tego nie mogę żyć, dlatego traktuję to śmiertelnie poważnie. Były świetne koncerty w Monachium, w Rumunii czy house gig w Londynie. Zwiedziłem ze swoją muzyką pół Europy i chciałbym dotrzeć jeszcze szerzej.

Po raz kolejny spotykam się z artystą, który wspomina, że otrzymuje wsparcie od Instytutu Adama Mickiewicza. Świetnie! Mam jednak rozumieć, że priorytet “przygody” Bartka i twój priorytet “grania” nie negują się nawzajem? Nie wchodzicie sobie w grę?

Może czasem (śmiech). Nie, spędzamy ze sobą tyle czasu, że trudno nie mieć siebie czasem dość, ale mimo wszystko się kochamy i na dłuższą metę ciężko żyć bez siebie (śmiech).

Słyszałem, że kibicujesz ostatniemu zdobywcy Pucharu Ligi Mistrzów. Skąd zrodziła się sympatia do Realu Madryt i czy zdołają w tym roku obronić tytuł?

W latach 90. byłem wielkim fanem Jordana i jego Bulls (jak zapewne każde dziecko lubiące koszykówkę). Nie znosiłem, nie rozumiałem piłki nożnej. Na w-fach, kiedy trzeba było kopać piłkę, nigdy nie chciałem wychodzić na boisko. Pewnego dnia zmuszono mnie do stania na bramce. Totalnie się zajawiłem, zacząłem dobrze bronić, starsi koledzy brali mnie na bramkę, kupiłem rękawice i tak z rok trwała moja “kariera bramkarza”. Potem to samo. “Chodź zagraj w polu”. Odpowiedź brzmiała nie, aż w końcu znów nie miałem wyjścia. Nagle skumałem, że jeszcze bardziej niż parady bramkarskie kocham strzelać gole! I tak stałem się napastnikiem (śmiech). Sorry, za lekkie odbiegnięcie od pytania, ale to jest dosyć ważne, nigdy o  tym nie mówiłem w wywiadzie, a wiadomo każde dziecko musi mieć swój ulubiony klub. Nie znałem się na piłce, był rok 2002 i myślałem, że Ronaldo i Rivaldo to…bracia. Obstawiłem, że Ronaldo zostanie królem strzelców Mundialu, a Brazylia zdobędzie Mistrzostwo Świata. Żałuję, że nie założyłem się o kasę, ale miałem 11 lat. Real był wtedy świeżo po zdobyciu Ligi Mistrzów, o czym jednak nie bardzo chyba wiedziałem. Jednak pierwszy mecz klubowy jaki pamiętam, to Superpuchar Europy – Real Madryt – Feyenoord Rotterdam. Real wygrał 3-1, a ja podziwiałem istnie galaktycznych graczy. Wtedy poczułem, że to chyba jest to. A kiedy po Mundialu w Korei i Japonii, mój ulubiony i według mnie najlepszy w historii piłkarz – Luis Nazario de Lima Ronaldo, dołączył do Los Blancos, wiedziałem, że to jest klub, któremu będę kibicował chyba już zawsze. Mija 12 lat, a ja nigdy nie zwątpiłem i zawsze wierzyłem w 10 Puchar Europy, na który musiałem z resztą tyle właśnie czekać. A czy zdołają obronić tytuł i zdobyć już nie La Decimę, ale La Undecimę? To byłoby piękne i ja oczywiście w to wierzę i będę im kibicował jak zawsze przy każdym meczu.

W takim razie dziękuję serdecznie za rozmowę i życzę kolejnych zagranicznych przygód, ukochanemu klubowi sukcesów! Miłości z “Borówą”! (śmiech)

Dzięki!

Najbliższe koncerty Peter J. Birch:

11.11 - Pszczyna – Pszczyńskie Centrum Kultury (ul. Piastowska 1) – godz. 19:00 + CeZik
29.11 - Oświęcim – Cafe Bergson (Pl. Ks. Jana Skarbka 2) – godz. 20:00
30.11 - Kraków – Gwarek (ul. Reymonta 17) – godz. 20:00
05.12 - Łomianki – Lemon Tree (ul. Zachodnia 38) – godz. 20:00
06.12 - Łódź – Z Innej Beczki (ul. Moniuszki 6, dawny Rolling Stone) – godz. 20:00
07.12 - Radom – Czytelnia Kawy (ul. Marii Curie-Skłodowskiej 4) – godz. 20:00 + Coldair
11.12 - Gdynia – Blues Club (ul. Portowa 9) – godz. 19.30

Rozmawiał Mateusz Grzeszczuk
fot.: Jarosław Klamka