Underfate – “Seven”

Underfate – “Seven”
wyd. własne/2015

Niepewny krok.

Płytę kwidzyńskiego kwartetu dostałem niejako z wewnątrzredakcyjnego rozkazu, ale nie obraziłem się w ogóle, bo miło jest oglądać, jak muzyka instrumentalna zaczyna w Polsce dostawać coraz większy poklask. Wiadomo, że prowodyrem było Tides From Nebula, które trafia do pierwszej ligi post-rocka, ale chcę wierzyć, że nie tylko o to chodzi. W każdym razie, widzimy tendencję zwyżkową i Polacy coraz chętniej i śmielej chwytają za wiosła, próbując grać taką muzykę. No właśnie – czasem mam wrażenie, że powstało tego nawet za dużo. Wspomnijmy chociażby o Besides, których debiutancki krążek bije ponoć rekordy popularności dzięki wygranej w pewnym talent show, choć wyszedł on rok wcześniej i wtedy nikogo nie zachwycał.

Jednakże wróćmy na moment do Kwidzyna. Tam swoją siedzibę ma młody zespół Underfate, który na swoim Bandcampie określa się jako post-progressive. Nie chcę się czepiać tej łatki, bo można się oczywiście domyślać, że chodzi o krzyżówkę tony delayów spod znaku wszystkiego post- z aranżami prog-rockowymi, ale nie wiem, czy był sens zabawy w muzyczną nowomowę. “Seven” to prawie godzina muzyki, która, zgodnie z trendem, tworzy koncept, wokół którego opowiada pewną historię. Bo oto mamy postać chłopaka zwanego Mercury, który budzi się po 14 latach ze śpiączki. W formie pamiętnika prowadzi nas przez swoją (i nie tylko) historię, która została ładnie opatrzona wpisami przy każdym z indeksów albumu.

Koncept ów stanowi przykrywkę dla tego, co tak naprawdę ukrywa “Seven” i tu zaczyna się problem. Album jest strasznie nierówny, momentami rażąco źle wyprodukowany, a czasem po prostu nudny. O ile są utwory, których mariaż ambientu z mocniejszym graniem całkiem się udał (“Mercury”, “Memento Box”), to w większości przypadków jest to zrobione mocno na wyrost. Plamy z “Hand Print” brzmią po prostu strasznie w połączeniu z rockistycznymi solówkami. Do tego sam preset jest przeokropny dla uszu. “One Step Over” to jakaś nieudolna próba wskrzeszenia ducha Pink Floyd. Niestety granie muzyki instrumentalnej niesie ze sobą pewne ryzyko i trzeba naprawdę się natrudzić, żeby w tym czasie nie zniechęcić słuchacza. Szkoda, że w tym wypadku udało się to jedynie częściowo. Nie chcę się znęcać i rozkładać na części pierwsze poszczególnych kompozycji, ale stały program w przypadku debiutu Underfate to bardzo dobry fragment skrzyżowany z dwoma przeraźliwie nudnymi/miałkimi/oklepanymi. A naprawdę chciałem, żeby było inaczej.

Jest to dopiero pierwszy album, więc pozostaję optymistycznie nastawiony, że Underfate się ogarnie i w najbliższym czasie stworzy coś fascynującego, bo w przypadku “Seven” porwali się z motyką na słońce. Mniej przekrzykiwania się instrumentów, więcej współpracy. I do diabła, mniej solówek – muzycznej masturbacji mamy tutaj aż w nadmiarze. Jeśli spróbują pewnej powściągliwości, to może album numer 2 będzie zaskoczeniem. Tym razem o wiele milszym.

Kuba Serafin