Unknown Mortal Orchestra – “II”

Unknown Mortal Orchestra – “II”
Jagjaguwar/2013

Kolekcja zgrabnie napisanych piosenek.

Brakuje Wam fajnych piosenek, które idealnie sprawdzają się w sobotnie popołudnie, gdy nie macie nic do roboty i możecie zrelaksować się w fotelu, słuchając odpowiedniej do tego celu muzyki? Tak się składa, że “II” Unknown Mortal Orchestra to płyta uniwersalna. Równie dobrze może ona służyć  jako podkład do zamiatania podłogi czy czyszczenia zakurzonych szafek. Nie oznacza to jednak wcale tego, że materiał jest nudny. Po prostu utwory płyną sobie jeden po drugim, umilając czas niezależnie od tego, czy odbiorca jest aktywnie zaangażowany w recepcję czy robi coś jeszcze.

Zespół nagrywał tę płytę w trakcie trasy koncertowej, o nieprzyzwoicie wczesnych/późnych (jak kto woli) porach. Wydaje się, że nie wpłynęło to jednak w żaden sposób na luzacki klimat albumu, który mimo eklektyzmu jest spójny, kojarzy się raczej z upalnymi letnimi popołudniami niż (dajmy na to) jesiennymi wieczorami. Ruszajmy więc w drugą część podróży, w którą po raz pierwszy niektórzy z nas wyruszyli dwa lata temu. Co przyjdzie nam napotkać na samym początku?

“From the Sun” przypomina nagrania Beatlesów i The Beach Boys, może troszeczkę Franka Zappę. Z nowszych brzmień przypomina nam się Tame Impala. Te same nazwy zresztą powracać będą podczas całej reszty naszej wędrówki. “Swim and Sleep” pozwala na nostalgiczne wspomnienia minionych wakacji, a motyw gitary zostaje z nami na jakiś czas. Dalej napotkać mogą nas pewne problemy (“So Good at Being at Trouble”), które nie powinny jednak nam przeszkodzić w dalszym parciu do przodu. “One at a Time” przynosi nie tylko funkowe wibracje, ale zaskakuje aranżacyjnie interesującym wprowadzeniem dęciaków. Bardziej typową dla naszej Orkiestry kompozycją jest nieco psychodeliczne “The Opposite of Afternoon”, która przynosi kolejną chwytliwą melodię. Za sprawą “No Need for the Leader”, wkraczamy w obszar spowity gęstą narkotyczną mgiełką. Co ciekawe, te wszystkie dziwne efekty dźwiękowe nie tylko wcale nie przeszkadzają, a tworzą ciekawszą atmosferę – Gdyby tak brzmiała całość, byłoby jeszcze lepiej – myślimy pod koniec utworu. I jest, bo oto nadchodzi “Monki”! Trwający nieco ponad minutę, elektroniczny “Dawn” stanowi jedynie przerywnik, przechodzący w “Faded in the Morning”. Falset wokalisty, bas, bębny, dziecięcy śmiech – wszystko na swoim miejscu. “Secret Xtians” to odjechane wokale (te wszystkie “na na na” i “la la la”), lo-fi brzmienie perkusji i gitar. I co? To już? Dobrnęliśmy do końca? Nic nie stoi na przeszkodzie, by wyruszyć raz jeszcze.

Każdy z utworów broni się zarówno osobno, jak i stanowiąc część płyty. To od Was zależy, którą opcję wybierzecie. “II” zdecydowanie broni się jako całość i nie istnieje ryzyko znudzenia. To w końcu tylko 10 fajnych numerów. Solidny album, który posiada dodatkową zaletę: pozwala przetrwać zimne, deszczowe wieczory.

Jakub Buszek