UrbaNoize – “Rhythms of the Streets”

UrbaNoize - “Rhythms of the Streets”
Frisson/2015

Powiew świeżości ze wschodu.

Muzyka przestrzenna może być szeroko rozumiana, ale to właśnie muzykom z Taszkientu udało się ją na nowo zdefiniować. Ich pełnowymiarowy debiut to powiew świeżości na post-rockowej scenie, zwłaszcza tej jej części nostalgicznie zapatrzonej w minimalizm ambientu.

Artyści w pewnym stopniu stają się kontynuatorami muzycznych kolaży z “The Way Home” rosyjskiego projektu Sleep Dealer. Przy udziale nastrojowych partii klawiszy oraz gitary akustycznej (z rzadka elektrycznej) UrbaNoize stworzyli intymną przestrzeń pełną autentycznej, zaraźliwej tęsknoty za czymś kruchym i ulotnym. Nie licząc bardziej post-metalowego zakończenia “Lonely Depressive” znanego nam z dokonań Caspiana, Maserati czy Russian Circles, większość kompozycji utrzymana jest w odmiennej, stałej stylistyce. Stwarza to pozory jednostajności i braku szerszego wachlarza eksperymentów. Jednak dzięki temu płyta wydaje się być spójna, a klimatu dopełniają pojedyncze, zostające na długo w pamięci klawisze i sample (jak dźwięki deszczu w “Knock Drops” czy partie rodem z ery new-romantic na “Daily Vanities”). Być może gdyby God Is an Astronaut wywodzili się z tej części Azji “After the Rain” byłby ich sztandarowym numerem. Z kolei takich kompozycji jak “Dreams Underground” nie powstydziliby się islandzcy klasycy z Olafurem Arnaldsem na czele. Mimo to największym osiągnięciem trójki muzyków wydaje się być “New Life”, który z niepozornej ballady przybiera formę utworu post-rockowego i progresywnego, co daje znakomite rezultaty. A płycie status tej, do której wracać się będzie niejednokrotnie.

Jeśli to jest soundtrack dla codziennego życia ulic ich egzotycznego miasta, możliwe że Taszkient jest konkurencją dla przesiąkniętego zewsząd nostalgią, Stambułu. A dzięki “Rhythms of the Streets” każdy może znaleźć się tam oczyma wyobraźni…

Mateusz Cudo