“Warto słuchać intuicji” – wywiad z Basią Bulat

“Warto słuchać intuicji” – wywiad z Basią Bulat

Basia Bulat jest dla nas artystką szczególną, to ona była pierwszą zagraniczną artystką, którą uwieczniliśmy na naszych wideosesjach. Od naszej poprzedniej rozmowy z Basią minęło ponad sześć lat, wiele przez ten czas się zmieniło, zaczęliśmy jednak od najnowszego albumu.


“Good Advice” bardzo różni się od twoich poprzednich płyt.

Nie mam dokładnego wytłumaczenia, dlaczego tak jest, ponieważ ta zmiana wyszła z miejsca, którego sama nie do końca rozumiem. Nie chcę się powtarzać, za to chcę wychodzić ze swojej strefy komfortu, robić rzeczy dla mnie nieznane. Kto wie, jaka będzie moja następna płyta (śmiech). Dorastałam, grając na pianinie, ale potem porzuciłam je na długi czas. A teraz do niego wróciłam, co zaowocowało czymś zupełnie nowym.

Było trudno do niego wrócić?

Nie, bo za tym tęskniłam. Potrzebowałam tego ruch, żeby się odnaleźć, żeby dowiedzieć się, kim teraz jestem.

Jaką dobrą radę dałabyś sobie?

Kilka piosenek na tej płycie, a w szczególności utwór tytułowy opowiada o tym, że warto słuchać własnej intuicji. I taka jest moja dobra rada.

“Good Advice” ma potężne brzmienie, jak na ciebie. Widzisz siebie na stadionach?

(śmiech) Zastanawiam się, jakie było największe miejsce, w którym grałam. Występowałam od najmniejszych klubów, przez duże sale, aż po stadiony właśnie. Nadal gram w małych miejscach. Dla mnie najwazniejsze jest znalezienie magii między mną a publicznością. Jeśli grasz na stadionie i nie jesteś w stanie poczuć tego kontaktu, to jest słabo. Jeśli jednak to się uda, to na stadionie rezonuje dużo bardziej niż w sali, w której słucha cię pięć osób. Znalezienie sposobu, by wytworzyć tę relację z publicznością to po prostu część mojej pracy.

Jakie masz na to sposoby?

Cóż, nie do końca rozumiem, jak to działa. Po prostu dzieje się, gdy zaczynam grać. To też bardziej dialog niż monolog, publiczność wnoi bardzo dużo do każdego koncertu. A każdy koncert jest inny, więc te sposoby się różnią.

Podczas swojej ostatniej wizyty w Polsce, sześć lat temu, mówiłaś, że pracujesz na piosenkami po po polsku.

Tak, ale to jest takie trudne. Wiesz, jest badanie, które twierdzi, że polski jest najtrudniejszym językiem do nauki dla obcokrajowców, więc dajcie mi spokój (śmiech). Mówiąc poważnie, potrzebuję pomocy przy pisaniu polskich tekstów. Nie chcę, żeby moja pierwsza polska płyta była słaba.

Czyli nadal nad nią pracujesz?

Tak, mam sporo demówek, jeszcze więcej pomysłów, ale muszę być w domu, żeby nad nimi pracować. To ciężka praca, może potrzebuję przyjechać do Polski, żeby ją skończyć?

Jak pracowało ci się z Jimem Jamesem nad “Good Advice”?

Wspaniale. Jim jest moim bardzo dobrym przyjacielem i na dodatek świetnym producentem. Ma specyficzną energię, która pozwala mu pracować nad bardzo różnymi nagraniami. Praca z nim była bardzo inspirująca.

A jak to wyglądało? Po prostu graliśmy, rozmawialiśmy jak przyjaciele, a potem Jim miał dużo pomysłów na aranżacje. Wypróbowywaliśmy je. To był bardzo intuicyjny proces, jeśli coś nam pasowało, to wchodziło na płytę, jeśli nie, to próbowaliśmy czegoś innego.

Swoje poprzednie płyty nagrałaś w Kanadzie, ale by zarejestrować “Good Advice” pojechałaś do Kentucky. Jak się czułaś z dala od domu?

Niesamowite było to, jak szybko poczułam się tam  jak w domu, a przecież w żadnym wypadku nie jestem z Louisville. Ludzie tam są niezwykle gościnni, a środowisko muzyczne bardzo ciepłe i wspierające się nawzajem. Kiedy grałam trasę promującą album w Stanach, koncert w Louisville był niczym występ w rodzinnym mieście.

Masz ulubioną piosenkę na “Good Advice”?

Chyba nie mam. Ciężko jest wybrać ulubioną. Myślę, że ta, z którą czuję teraz największy związek i dźwiękowo podoba mi się najbardziej jest “The Garden”. Kocham jednak wszystkie piosenki.

We wszystkich wywiadach dziennikarze wspominają “Someday Soon”.

Wiem, dziwne, co? To wszystkich ulubiona piosenka. Zaskakuje mnie, jak bardzo ludzie zachwycają się tą piosenkę. Chyba będzie następnym singlem, choć zupełnie nie brzmi, jak typowy singel.

Wczoraj sięgnęłaś po kilka dawno niegranych piosenek.

Po części dlatego, że nie grałam w Polsce tak długo. Czułam, że potrzebujemy to zrobić. Zresztą, na tej trasie sięgamy po starsze piosenki, bo lubię po nie sięgać i sprawdzać, która pasuje do nowego materiału.

Trudno się je rearanżuje?

Nie, to kolejna dość intuicyjna dla mnie rzecz. Przede wszystkim z najstarszymi piosenkami. Jeśli caly czas grałabym je tak samo, byłoby smutne i nudne. Fajnie jest, kiedy ludzie przychodzą na koncert i piosenkę znaną z płyty, odkrywają na nową.

Zostańmy jeszcze na chwilę przy przeszłości. Zagrałaś na drugiej płycie Coeur de Pirate, “Blonde” (przeczytaj  naszą recenzję). Jak do tego doszło?

Beatrice jest wspaniałą artystką. Choć Kanada to wielki kraj, scena muzyczna jest niewielka, a na dodatek obie mieszkamy w Montrealu. Uwielbiam też jej nową płytę i kocham jej koncerty.

Nie każdy wie, że zagrałam w “Loin d’ici”. Fajnie, że to wyciągnąłeś. “Blonde” to świetny album, inspirowany francuskim popem z lat 60., który ja też bardzo lubię.

Jakie jest twoje pierwsze muzyczne doświadczenie?

Jest związane z pianinem i jednocześnie jest jednym z moich pierwszych wspomnień. Siedzę obok nauczyciela, który ma sprawdzić, czy jestem odpowiednio cierpliwa na naukę gry na pianinie. Gramy tak ponad pół godziny.

Czym jest dla ciebie muzyka?

Ciągle próbuje się tego dowiedzieć. Za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że znam odpowiedź, dowiaduję się czegoś nowego.

rozmawiał Michał Wieczorek