Waxahatchee – “Ivy Tripp”

Waxahatchee – “Ivy Tripp”
Merge/2015

Piosenki na wchodzenie w dorosłość.

Quarter-life crisis, tak się ładnie nazywa po angielsku kryzys, który dopada wchodzących w dorosłość dwudziestokilkulatków. Już po studiach, może pierwsza w miarę poważna praca, a może kolejna na przeczekanie. Kolejny nieudany związek, kolejne rozczarowania. Życie nie wygląda tak, jak miało, tak, jak je sobie wymarzyłeś. A jeszcze wszyscy dookoła dokonali lepszych wyborów. Może już wiesz, czego chcesz i jak (mniej więcej) to osiągnąć. Tylko odwagi brak. Tyle przecież może się nie udać.

Katie Crutchfield jest młodsza ode mnie prawie dokładnie o trzy tygodnie, czyli prawie nic. Choć dzielą nas tysiące kilometrów, to problemy są te same. Łatwo się utożsamiać z jej tekstami pod prawie każdą szerokością geograficzną. Tym bardziej, że z płyty na płytę są coraz bardziej uniwersalne i oderwane od konkretnych realiów. Na debiucie P.S. Eliot sprzed sześciu lat, Katie wypluwała z siebie słowa z prędkością karabinu, tyle ich pisała. Każdy, najdrobniejszy szczegół był niezwykle ważny. Teraz używa słów z rozwagą. Na “Ivy Tripp” Katie mierzy się z dorosłością i dojrzałością w inny sposób niż na “Cerulean Salt” (recenzja). Nie jest już tak zagubiona. Owszem, wątpliwości ma ciągle, nie zawsze jest siebie pewna (I woke up/Brushed my hair/there’s not much there w “<”). Czasem wręcz przeciwnie, w “Grey Hair” śpiewa I get shortbreath because I can’t slow down. Jednocześnie, w każdym jej słowie ukryty jest hołd dla zwykłego, spokojnego życia. Gdzieś z dala od zgiełku, gdzie życie płynie właściwym rytmem. Trzeba tylko je dogonić, dojrzeć do tego, żeby zwolnić. Jest i optymizm, charakterystyczny dla Katie. Nieważne, jak bardzo źle wygląda sytuacja, zawsze można znaleźć wyjście.

Choć “Ivy Tripp” Crutchfield nagrywała tylko z towarzyszeniem Keitha Spencera i Kyle’a Gillbride’a ze Swearin’, to jest jej najbardziej złożona brzmieniowo płyta. W “Breathless” zamienia gitarę na buczące syntezatory, w “La Loose” pojawia się automat perkusyjny, kończący album “Bonfire” skrzy sprzężeniami gitar. Z drugiej strony nie brakuje momentów bliskich poprzednim albumom. “Under the Rock” jest świetnym przykładem na dwuminutowy indie przebój, podobnie “The Dirt”. W obu tych piosenkach słychać południowe pochodzenie Katie. “Grey Hair” blisko do twórczości the Mountain Goats. “<” zaczyna się, jak kolejna indie rockowa piosenka, by rozpaść się i roztopić w chaosie. Pojawiają się również momenty wyciszone – przepiękne “Half Moon” i “Summer of Love” mogłyby się znaleźć na debiucie Waxahatchee “American Weekend” sprzed trzech lat. Gdybym miał wybrać swoją ulubioną piosenkę, nie byłbym w stanie tego zrobić, każda z nich jest krótką perełką sztuki pisania prostych i pięknych piosenek.

“Ivy Tripp” nie stanie się manifestem pokolenia, te czasy już (chyba bezpowrotnie) minęły. Jednak dla mnie osobiście została jedną z najważniejszych płyt.

Michał Wieczorek