Relacjeprzemek

Way Out West 2013 – relacja, cz.5

Relacjeprzemek

Way Out West 2013 – relacja, cz.5

Finał finałów. “Piątka” z Andrew Wyattem i dekolt Lykke Li. Dzień trzeci.

Trzeciego, ostatniego już dnia  festiwalu pogoda zaczęła płatać figle. Wydaje mi się, że miało to znaczący wpływ na moje działania, a także ułatwiło mi podjęcie kilku trudnych decyzji. Chciałem również odwiedzić jak największą liczbę Stay Out West-owych miejsc i do końca nie zbaczać z muzycznego szlaku wyznaczanego przez Skandynawów.

Dźwięki z modowej świątyni

Intensywność doznań i wrażeń z każdym dniem rosła i zwyczajnie żal było każdej chwili. Już o godzinie 13:00 w sobotę postanowiłem rozpocząć muzyczny dzień od wizyty w Weekday, gdzie mieli zagrać Taken By Trees i El Perro Del Mar (szwedzka odmiana naszego Oszibarack). Okazało się, że trafiłem do swego rodzaju galerii sztuki nowoczesnej połączonej z modowym concept store. Część, w której umieszczona była scena przypominała też nieco swoim wyglądem opuszczoną świątynię (odrobina światła dobiegała przez maleńkie witraże). Minikoncert nieśmiałych Taken By Trees obserwowałem z pobliża sceny. Dźwięki, które popłynęły z głośników idealnie nadawały się na niedzielne leniwe popołudnie, gdy jeszcze nie do końca wiemy, co ze sobą zrobić. Najbardziej wybijał się gitarzysta i na pozór niepoukładane melodie tworzyły spójną całość. Znakomity finałowy utwór “Large” z dubowym pogłosem, rzężeniem w stylu Caribou i rozbudowanym instrumentarium sprawił, że ze sporą uwagą będę śledził dalsze losy zespołu.

Zaklinacz słońca

W drodze do parku Slottsskogen dopadł mnie deszcz i zmuszony zostałem do kilku przerw w marszu. Jak tylko opady zelżały ruszyłem dalej. Kolejnym artystą, którego udało mi się posłuchać był dopiero Cheikh Lo. To właśnie Afrykańczyk wraz z zespołem przegonił deszczowe chmury i nad Göteborgiem znów na chwilę zaświeciło słońce. Dość żywiołowa i rytmiczna odmiana muzyki świata rozbudziła na nowo festiwalowe apetyty i publiczność osuszywszy się mogła ruszać na dalsze koncerty.

Nie tacy “wrogowie” straszni…

Kapryśna tego dnia pogoda nie zabrała publiczności legendom z Public Enemy, których spotkałem przechadzających się po Way Out West tuż przed ich koncertem. Stało się tak dlatego, że szwedzcy słuchacze zwyczajnie nie zaczepiają artystów i ci chętnie krążą między nimi. Wystarczy wspomnieć, że uwagę wrogów publicznych nr 1 na festiwalu przyciągnęło nietypowe stoisko jednej z firm kosmetycznych, gdzie dziewczyny ubrane w stroje kąpielowe zażywały relaksującej kąpieli w wannie. Public Enemy są bezkonkurencyjni (nie tylko na scenie)! Po pierwsze dlatego, że są już muzycznymi wyjadaczami, którym nie przytrafiają się chwile słabości, a po drugie dlatego, że festiwalowy line-up gwałtownie pęczniał dopiero pod wieczór i raperzy skorzy do konfrontacji zwyczajnie nie mieli z kim stanąć w szranki. No, chyba że z muzykami towarzyszącymi Cat Power, którzy stroili się na przeciwległej do Flamingo Azalei! Wydaje mi się, że byłaby to bardziej bitwa na style, gdyż wspomniani artyści darzą się wzajemnie zbyt dużą estymą (lata w muzycznym show biznesie).

Cat z powerem, ale bez nuty melancholii

Po tym jak Public Enemy zostali już odcięci od prądu, numerem jeden stała się Cat Power. Chan Marshall i wyróżniający się na tle pozostałych członków zespołu charyzmatyczny gitarzysta i klawiszowiec (stylizujący się swoim wyglądem i scenicznym zachowaniem na Keitha Richardsa) starali się podtrzymać  wysoko zawieszoną przez raperów poprzeczkę.Problemem tego koncertu było to, że utwory z klimatem (jak “Greatest” czy “Manhattan”) w wersji na żywo zlewały się ze sobą. Wszystko było ładnie zagrane, Cat miała świetny kontakt z publicznością (nieraz puszczała oczko do ludzi w tłumie) i cieszyło ją przebywanie na scenie, ale taka, a nie inna aranżacja znanych piosenek sprawiła, że słuchało się ich bez rozmarzenia, zadumy nad tekstami czy nuty melancholii, którą niesie ze sobą muzyka z płyt. Po występie artyści jeszcze długo nie schodzili ze sceny, a technicy i akustycy nic nie robiąc sobie z obecności gwiazdy uwijali się jak w ukropie, by przygotować instrumenty i nagłośnienie pod kolejny koncert. Tak idealnym dotąd Szwedom zabrakło potrzebnego w tej sytuacji wyczucia.

Pożegnanie z Way Out West

Chwilę później stanąłem przed największym w dotychczasowym koncertowym życiu dylematem. Przez moment nie wiedziałem co zrobić i kręciłem się w kółko jak bączek. W tle zawodził James Blake, a ja nieśpiesznie zacząłem się żegnać z festiwalową przestrzenią Way Out West. Ostatnie spojrzenie na okolicę z wieży znajdującej się w centralnym punkcie koncertowego parku i ruszyłem w kierunku przystanku, z którego odjeżdżały autobusy do Gothenburg Film Studios (Ingrid Disco wygrało z Alicią Keys i Disclosure).

Ingrid – jedyne takie Disco

Na koncert kolektywu Ingrid chciałem dotrzeć odpowiednio wcześniej, by uniknąć sytuacji, w której posłucham co najwyżej odgłosów miasta. Po drobnej przygodzie znalazłem się na miejscu. Okazało się, że tego dnia wszystkie drogi prowadziły do Gothenburg Film Studios! W oczekiwaniu na koncert spędziłem około dwóch godzin pod samymi barierkami (w tym czasie gromadzącą się publiczność rozgrzewali didżeje i didżejki)! Pragnąłem z bliska zobaczyć Lykke Li, Andrew Wyatta (z Miike Snow) i Petera, Bjorna and Johna śpiewających na przemian swoje piosenki! Cierpliwość się opłaciła, ale nie obeszło się też bez niespodzianek. Nim zobaczyłem główne gwiazdy wieczoru, posłuchałem AmasonaTussilago.

Napięcie rosło z każdą minutą i wtem nagle bum! Na scenie w hali zdjęciowej pojawił się Andrew Wyatt w towarzystwie wspomnianych kapel. Zagrali wspólnie “Animal” Miike’a Snowa; Wyatt był jak w transie, przybijał piątki z publicznością (także ze mną!), by potem niespodziewanie zniknąć. Nie wiedziałem co się stało. Na tym nie koniec emocji, bo okazało się, że z boku sali jest jeszcze jedna mała scena, nad którą rozbłysły dwa światła i wielkie show w sekundzie przemieniło się w kameralny minikoncert! Lykke Li przy akompaniamencie pianina i gitary akustycznej zaśpiewała “I Follow Rivers” i “Silent My Song” i… pochłonęła ją ciemność. Tymczasem na główną scenę wkroczyli Peter, Bjorn and John i zagrali dwa lub trzy nowsze utwory. Już niemal straciłem nadzieję na to, że ujrzę Lykke, aż tu nagle na scenie pojawił się komplet muzyków! Showtime! Najpierw zaśpiewała swój “Rich Kids Blues”, a potem Andre Wyatt zmierzył się z “Young Folks” z repertuaru Petera, Bjorna and Johna (Lykke Li tym razem wystąpiła w roli chórku). Zespół w odpowiedzi zagrał kawałek Lykke Li (Peter śpiewał z kartki). Potem przyszła kolej na Andrew Wyatta, który zaintonował “Harlem Boyzz” i chwilę później nastąpił wielki finał z udziałem całego kolektywu Ingrid! Lykke Li wraz z towarzyszącymi jej muzykami wykonała porywająco “Get Some” (do tego stopnia, że pozwoliła publiczności spojrzeć w dekolt!). Szaleństwo!

Szymon Matlak

fot. Mateusz Kozina