“Ważnym składnikiem jest dusza” – wywiad z Rayem Wilsonem

“Ważnym składnikiem jest dusza” – wywiad z Rayem Wilsonem

O życiu, miłości, muzyce i ciężkiej pracy opowiada artysta, który nagrywa i koncertuje od dwudziestu lat, odniósł sukces z zespołem Stiltskin, był wokalistą Genesis… Ray Wilson, Szkot mieszkający w Polsce, wystąpi 20 września 2013 roku w Łodzi, w Teatrze Muzycznym z projektem Genesis Classic.

Mateusz Królik: Pamiętasz swoją pierwszą wizytę w Polsce?

Ray Wilson: Tak, to było podczas koncertu w katowickim Spodku, w 1998 roku. Przyjechałem pod koniec stycznia do bardzo zimnego i ciemnego miasta, wszędzie był śnieg. Wszedłem do sali koncertowej – atmosfera była elektryzująca. Jeden z najbardziej pamiętnych koncertów w moim życiu.

Przeprowadziłeś się do Polski z powodu miłości… Życie w Polsce jest łatwiejsze niż w Szkocji?

Jest takie samo. Ludzie są ludźmi, każdy ma rodzinę i musi pracować. Zawsze uderzało mnie podobieństwo pomiędzy Polakami i Szkotami. Mamy różne języki, ale te same wartości.

Trasa Genesis Classic trwa od 2010 roku… Czujesz czasami zmęczenie?

Nigdy. Mam tylko czterdzieści cztery lata. Jeśli czułbym się zmęczony w tym wieku, to niech Bóg ma mnie w swojej opiece, kiedy będę miał na karku siedemdziesiątkę. To oczywiście jest ciężka praca, ale w zamian za trudy wynagradza cię duchowo. Nigdy nie żałuję podróży i występów, ponieważ koncert sam w sobie jest bardzo satysfakcjonujący. To dla mnie jest jak narkotyk.

Kto wpadł na pomysł, aby rockowe wersje kultowych piosenek połączyć z elementami muzyki klasycznej? Czy to była twoja inicjatywa? Co cię do tego zainspirowało?

Tak, pomysł był mój. Zostałem poproszony o zagranie koncertu niedaleko Drezna, w pięknym zamku. Organizator zapytał, czy mógłbym dodać nowe elementy do występu, by uczynić ten koncert wyjątkowym. Wziąłem więc części z oryginalnych piosenek grane na klawiszach i zastąpiłem je kwartetem smyczkowym oraz klasycznym fortepianem. Zespół nadal gra utwory w taki sam sposób jak oryginał, ale smyczkowe aranżacje sprawiają, że dźwięk staje się wyjątkowy. Dźwięki z syntezatora, zwłaszcza tego z lat 80., mogą brzmieć dziś dość staroświecko, a kwartet smyczkowy zawsze brzmi autentycznie. To nigdy nie przestanie być atrakcyjne, ludzie kochają oglądać muzyków grających na klasycznych instrumentach.

Podczas koncertu Genesis Classic, oprócz największych hitów Genesis, możemy również usłyszeć utwory z twoich solowych albumów. Czym kierujesz się przy wyborze repertuaru?

To cały czas się zmienia. Staram się, by występy były nieprzewidywalne. Oczywiście, głównym tematem show jest muzyka grupy Genesis, ale zawsze chcę wprowadzić do koncertu coś nowego. Tak więc projekt ciągle może się rozwijać, z roku na rok.

Co czujesz wykonując ponownie, po tylu latach, utwory z “Calling All Stations”?

Uwielbiam wykonywać te piosenki. Dobry utwór nigdy nie staje się nudny, ponieważ publiczność ciągle się zmienia i czuje kawałek za każdym razem trochę inaczej.  Koncert zmienia się co roku, czasem dwa razy w ciągu roku. To sprawia, że utwory zachowują świeżość.

Podczas koncertu usłyszymy “Congo”. Twoje wykonanie tej piosenki jest wspaniałe… Dlaczego zdecydowałeś się dodać ten utwór do repertuaru?

Zdecydowałem się na to, ponieważ ludzie pytali mnie o ten numer. Więc, gdy zacząłem projekt Genesis Classic, postanowiłem zrobić wersję tej piosenki z całym zespołem. Ten kawałek jest jednym z faworytów publiczności.

Rozmawiałeś o projekcie klasycznym z członkami Genesis? Jakie są ich opinie na ten temat?

Tylko ze Stevem Hackettem. Wiem, że Mike i Tony są zawsze nastawieni optymistycznie do innych ludzi, którzy grają ich piosenki. Zawsze będą twórcami tych piosenek, pierwszymi i najważniejszymi.

Przestajesz czasem myśleć o muzyce?

Utwory wiele dla mnie znaczą. Myślę o tekstach piosenek, gdy je śpiewam. Na przykład, w przypadku kawałka “No Son of Mine” jestem bardzo poruszony tekstem.

Na scenie jesteś tajemnicą. Odnajdujesz się w ostrzejszym, rockowym brzmieniu, ale także w spokojnych balladach… Która twarz jest tobie bliższa? Jesteś bardzo wszechstronnym wokalistą.

Jestem ogromnym szczęściarzem mając tak uniwersalny głos. Korzystam z wielu różnych gatunków muzycznych i występuję w ciągu roku w różnych stylach. Ważnym składnikiem jest dusza. Musisz zawsze śpiewać z duszą.

Czy po tylu latach koncertowania stresujesz się jeszcze
przed występami?

Nigdy. Jestem pewny siebie jako wykonawca i kocham występować. Nie mogę nic powiedzieć na temat stresu. Wszystko przychodzi naturalnie, mam bardzo dobry zespół wokół siebie, to wiele dla mnie znaczy.

W kwietniu wydałeś album “Chasing Rainbows”. Możesz mi o nim coś powiedzieć? Dlaczego taki tytuł?

“Chasing Rainbows” jest o pogoni za marzeniami. Zawsze gonię swoje marzenia, nawet w gorszych momentach, nigdy nie przestanę tego robić. Album opowiada o emocjach życia codziennego wykonawcy i zwykłego człowieka. Pisze o podstawach życia, takich jak: nadzieja, miłość, pokój, ból, radość, wiara w siebie itd.

W “Easier That Way” śpiewasz o niesprawiedliwości panującej na świecie… Myślisz, że możemy złapać złodziei, którzy ukradli nasz świat?

Nie możemy. Oni już stracili duszę. Nie zastąpią tego żadne pieniądze świata.

Dla kogo napisałeś piosenkę “She’s a Queen”? Kim jest twoja królowa?

Napisałem ją dla Gosi, która jest moją królową, a także dla mamy.

Która część Twojego życia najbardziej wpłynęła na twoją karierę? Pierwszy album nagrany z bratem?  Trzy lata z Genesis? A może przeprowadzka do Polski?

Moja solowa kariera od 1999 roku. Podróż od tego czasu, aż do teraz, była dla mnie najbardziej spełniająca. Nauczyłem się wiele, walcząc o to, co kocham. Uczymy się więcej, gdy ponosimy porażki niż kiedy odnosimy sukces. W byciu artystą swój udział mają zarówno sukcesy jak i porażki. Musisz tylko mieć pewność, że nigdy nie zrezygnujesz. To jest klucz.

Jeśli mógłbyś zadzwonić do siebie dziesięć lat młodszego, co byś sobie powiedział?

Nie martw się. W przyszłości wszystko będzie w porządku.

rozmawiał: Mateusz Królik
zdjęcia: mat. pras. Ray Wilson Creative Arts