Relacjeprzemek

Więcej niż o muzyce. Więcej niż festiwal.

Relacjeprzemek

Więcej niż o muzyce. Więcej niż festiwal.

Waves Vienna 2012.

Ten czterodniowy festiwal muzyczny to nie tylko bieganie od klubu do klubu w poszukiwaniu nowych ciekawych zespołów i oglądanie tych już znanych i uznanych. Waves Vienna oferuje kompleksowe obcowanie z muzyką w każdej postaci. Śniadanie z zespołem? Proszę bardzo! O 10 rano jedziemy do klubu na kawę i bułki, a tuż obok występuje The Bianca Story. Trochę zmęczeni, bo wczoraj wieczorem grali dla zwykłych śmiertelników, ale koncert jest wyśmienity (i śniadanie przy muzyce też). Wizyta w stacji radiowej? Żaden problem! Potem przenosimy się do sklepu z płytami, gdzie mini koncert grają kolejne dwa zespoły. Poza tym konferencje, spotkania, warsztaty, prezentacje… O muzyce, dla muzyki, wokół muzyki, o koncertach, dla koncertów, o artystach, dla artystów… A od 18:00 maraton po klubach, bo rozpoczyna się dostępna dla wszystkich część koncertowa. Czas start!

Absolutne perełki spośród mnóstwa wykonawców występujących na żywo opisałam poniżej.

Agent Side Grinder wychowani na Depeche Mode i Rammstein. Ruchy sceniczne wokalisty wskazują na to, że Elvis Presley mógł być ich kolejnym idolem. Ich muzyka oraz wygląd mówią jasno, że są ze Szwecji. Blond wikingowie za syntezatorami zaprezentowali wrzynający się w mózg, ale nieagresywny soft industrial.

Anna Aaron – kobieta piękna, drobna, a z głosem silnym i zapadającym w pamięć. Czy szepcze, czy krzyczy, robi to wyśmienicie, bez pomocy przesterów, syntezatorów i zbędnych dodatków. Klawisze, gitara, chór i głos Anny zamieniły klub Flex w jaskinię magii. Godny promowania głos w popowej masie.

Bottled in England – polskim słuchaczom znani już z zeszłorocznego Nordland Art Festiwalu, gdzie roznieśli (prawie dosłownie) salę i publiczność. W Wiedniu było podobnie. Energetyczny i neurotyczny dubstep na żywo: perkusja niemieszcząca się na scenie (tak, aż tak “na żywo”) i drobny chłopak w kaloszach, który jest w stanie śpiewać, grać, drzeć się do publiczności, biegać pośród ludzi i machać głową tak szybko, jak jego kolega perkusista wali w bębny. I to wszystko prawie równocześnie. Czyste szaleństwo!

Charlie Straight. Tak, wiem, pamiętam co pisałam w recenzji ich najnowszej płyty. I nadal podtrzymuję moje zdanie: ich muzyka bazuje na znanych schematach, typowych konstrukcjach i może dlatego brzmi… magicznie? A jeśli nie tylko ich muzyka, to sceneria, w której prezentował się zespół: stary teatr, potężne kolumny i stylizowane na starożytne zdobienia murów. Robi wrażenie nawet przy pustej sali, a co dopiero gdy młodzi i piękni grają romantyczne piosenki.

Dust Covered Carpet. Choć na pierwszy rzut ucha przypomina to akustyczne śpiewanie bardzo zmęczonego Briana Molko, to przy którejś z kolei piosence, musiałam przyznać, że twórczość zespołu jest bardzo ciekawa.Czasem brzmią jak poezja śpiewana, czasem bardziej jak pop. Sam zespół określa swoją muzykę: action-folk-rock.

Lucy Rose drobna dziewczyna, siedząca trochę jakby przed resztą zespołu ze swoją gitarą akustyczną. Możemy ją pamiętać z początków Bombay Bicycle Club, póki nie postanowiła grać i śpiewać swoich własnych piosenek. Jej muzyka, podobnie jak ona, urzeka kruchością, delikatnością, skąpymi aranżacjami, tym wątłym pięknem, które unosi się w powietrzu w ciemnej sali koncertowej starego teatru.

Mujuice na co dzień artysta – grafik, wieczorami przed (prawdopodobnie) tym samym komputerem tworzy bity szumiące, połamane, dziwne, zaskakujące. Tworzona przez niego z sampli muzyka, wraz z wizualizacjami uspokajały i porywały na zmianę publiczność zebraną na statku w sali pod poziomem wody (!).

Nova Heart. Występ udany, pomimo że dźwiękowiec poszedł już spać. Solowy projekt Helen Fang to pop z domieszką orientu i disco. Czasem brzmi troszkę jak młodsza siostra Beth Ditto,  jednak Helen, jak i jej muzyka, są zdecydowanie spokojniejsze i delikatniejsze. Czasem jej głos zbliża się niebezpiecznie do ludowych wykonań azjatyckich pieśni, ale na szczęście nigdy tej granicy nie przekracza. Pięknie romansuje ze Wschodem i Zachodem, Europą i Azją. W sumie więcej tu europejskości, ale zupełnie innej niż ta nam znana.

Pantha du Prince. Nie jest to moje pierwsze spotkanie z muzyką tego pana, jednak występ na żywo był jakieś tysiąc razy bardziej hipnotyzujący niż muzyka z głośnika. Weszłam do klubu, usiadłam i już zostałam. Podobnie jak reszta ludzi z tłumu. Klub wypełnił hipnotyzujący pokaz umiejętności vjskich i muzycznych. Hendrik Weber oczarował i hipnotyzował tym, co tworzy na żywo, pomimo że jego dźwięki na logikę nie odzwierciedlają tego, co inni nazywają muzyką. Takiemu widowisku nie można się oprzeć, choć mogły w odbiorze przeszkodzić gwar, ścisk, dym i późna noc.

The Bianca Story. On – zapuszczony brodacz, ona – elegancka, w czerwonych szpileczkach. Na pierwszy rzut oka to on dowodzi zespołem, jednak po dłuższym czasie okazuje się, że w praktyce jest inaczej. Zatopieni w tematyce retro wyglądem i stylem muzycznym śpiewają piosenki dancingowo-popowe, do tańca w parach i do nucenia pod nosem. Idealne potwierdzenie hasła “muzyka łączy pokolenia”.

Artyści wymienieni w kolejności alfabetycznej. Z oczywistych względów w spisie pominięto polskie zespoły.

To jedynie mały wycinek artystów, których widziałam, a o których warto wspomnieć. Jeszcze większa część z przyczyn logistycznych umknęła memu oku.

Maria Grudowska