William Shatner – “Seeking Major Tom”
Cleopatra Records / 2011

Kapitan Kirk wiecznie żywy.

Kolejny album Williama Shatnera przykuwa uwagę jeszcze zanim go odsłuchamy. Nie tylko nazwiskiem znanego, aroganckiego, megalomańskiego ale zarazem uwielbianego aktora. Atrakcyjność zwiększa dobór repertuaru, piosenki legendarnych zespołów; przykładowo “Space Oddity” (David Bowie), “In a Little While” (U2), “Space Truckin’” (Deep Purple), “Walking on the Moon” (The Police), “Bohemian Rhapsody” (Queen)….Łącznie aż 20 kawałków, wstydem byłby brak znajomości chociaż jednego zespołu/utworu. Na tym jednak nie koniec argumentów przyciągających do tego krążka. Tym potężnym działem jest imponująca lista gości, wśród nich m.in. Sheryl Crow, Dave Davies (gitarzysta i wokalista The Kinks), Patrick Moraz (klawiszowiec Yes), Ian Paice (perkusista Deep Purple) oraz Nick Valensi (gitarzysta The Strokes).

Dodatkowym smaczkiem jest fakt, iż album trzyma się pewnego konceptu. Tytułowy Major Tom powraca wielokrotnie w trakcie tych 90 minut. Przykładowo jesteśmy świadkami próby komunikacji z Houston, albo słyszymy opis sytuacji naszego bohatera oraz jego uczuć z tym związanych – to już na podstawie piosenki “Space Oddity” David Bowiego, która także w oryginale poświęcona jest temu samemu osobnikowi. Cytaty z tego kawałka powracają zresztą jeszcze wplecione w pozostałe kompozycje.

Z racji doboru gości warstwa instrumentalna jest bardzo dobra. Trudno nie znudzić słuchacza przez półtorej godziny, ale wątpliwe, by Shatner stracił kontakt z Ziemią tak bardzo jak Major Tom. Podtrzymywanie uwagi przez tak długi okres jest nieosiągalne, lecz jako muzyka tła album ten spełnia swoją funkcję nadzwyczaj dobrze, w końcu gdzieś tam na peryferiach naszego horyzontu poznawczego pobrzmiewają znane melodie i teksty. Wywołuje to miłe, sentymentalne uczucia, bądź zwykły uśmiech.

Natomiast wokalnie…No właśnie, wszystkich nie mających dotychczas styczności z muzyczną twórczością tego starszego pana należy ostrzec: on nie śpiewa. W anglojęzycznych państwach określa się to mianem spoken-word-music, choć tłumaczenie dosłowne nie najlepiej oddaje esencję. Z kariery w pierwszej, kiczowatej odsłonie sagi Star Trek można się śmiać, ale będąc (emerytowanym) aktorem świetnie wykorzystuje zebrane doświadczenie i w trakcie odsłuchiwania krążka jego melodeklamacje poruszają nie jeden raz.

Mocnym punktem jest “Spirit in the Sky“, spopularyzowane na nowo kilka lat temu poprzez ważną rolę w odcinku Doktora House’a. Piosenka nie straciła nic ze swojej żywotności i dynamiczności, co więcej – nie brakuje soczystych gitarowych riffów. Interesujące jest też “Mrs. Major Tom”, w którym absolutnie dominuje Sheryl Crow i w zasadzie nie powinno się mówić o jej udziale/featuringu, a własnym coverze.

Nie sposób nie poruszyć szeroko komentowanego wykonania “Bohemian Rhapsody”. Wyśpiewywane pierwotnie falsetem partie Shatner melodeklamuje w tak komiczny sposób, iż trudno się dziwić niektórym fanom Queen, którzy poczuli się obrażeni. Niemniej tylko zacietrzewieni nie dostrzegą cudownej produkcji, no i na pocieszenie ważna informacja – to jedyny utwór, w którym wokal brzmi tak niepoważnie.

Na koniec artysta prezentuje ciężką niespodziankę, przebój Black Sabbath “Iron Man”. Charakterystyczny motyw gitarowy przypadnie do gustu nawet osobom preferującym łagodniejsze brzmienie. Zresztą chwilę po tym przenosimy się w lata 80., za sprawą hitu Duran Duran “Planet Earth”. Tym samym Major Tom wraca na swoje miejsce.

W ciągu swojego bogatego życia Wiliam Shatner zdołał ożenić się cztery razy, podpaść wielu osobom za skórę, ale i stać się ikoną dla kilku pokoleń. Ze współpracującymi aktorami kłócił się i (czasami) godził, znajomi z planu zarzucali mu ogromną pychę, impertynencję itd. Niech za przykład posłuży anegdota aktorki wcielającej się w postać porucznik Uhury, otóż William Shatner był takim megalomanem, iż posuwał się do usuwania jej kwestii ze scenariusza. Wrogów przysporzyły mu także covery, te z początku jego kariery są nawet wymieniane jako czołówka najgorszych dzieł popkultury. W 2004 aktor-muzyk powrócił z genialnym albumem “Has Been”, gdzie w większości kompozycji sam maczał palce. Widocznie jednak nie mógł długo żyć bez reinterpretowania cudzych tekstów i wypuścił w październiku 2011 omawiany album.

Oprócz emocjonalnej intonacji sympatię wzbudza także dykcja aktora; w przypadku kilku piosenek nareszcie możemy poznać o czym w rzeczywistości traktują teksty klasyków. Trudno porównywać półtorej godziny kosmicznej wędrówki do o połowę krótszego poprzednika, ale nie można mówić o blamażu. Pomimo tego, że przekroczył osiemdziesiątkę nie widać objawów demencji starczej. Chyba każde z nas chciałoby w podeszłym wieku sprawiać innym tyle frajdy, jednocześnie samemu dobrze się bawiąc.

Łukasz Stasiełowicz