Wolf Gang – “Suego Faults”

Wolf Gang – “Suego Faults”
Atlantic Records/2011

Dyskoteka gra.

Biografia Maxa McElligotta idealnie nadaje się na biografię artysty. Dzięki ojcu trochę podróżował po świecie, dzięki matce skrzypaczce miał kontakt z muzyką, która do tego stopnia wstrząsnęła nim w dzieciństiwe, że sam sięgnął po instrumenty. Najpierw pianino, potem perkusja, opanował także gitary i klawisze, stajac się jednoosobową orkiestrą (jakie to oszczędne!). Jak przystało na prawdziwego artystę, po drodze był także pierwszy, młodzieżowy zespół. Nieco później rzucił studia, żeby zająć się muzyką. Chwytając się dorywczych prac twórzył demówki, z których jedna trafiła do Atlantic Records. Potem zapewne otrzymał ważny telefon i mógł zaczynać nagrywanie pierwszego longplaya. Do współpracy wybrał Davea Fridmanna, producenta płyt m.in. Flaming Lips i MGMT. Zwłaszcza podobieństwo do tych ostatnich daje się słyszeć na pierwszej płycie Wolf Gang.

Jedna jaskółka wiosny nie czyni, jedna gitara elektryczna rockowego bandu też nie. Cała prześmiewcza łatka sceny indie, która z niezależnością nie ma nic wspólnego, bierze się bardziej z otoczki niż powiązań rynkowych i stylistyki. Trudno jednak tej etykiety Wolf Gangowi nie przyklejać, zwłaszcza że stoi ona w tym przypadku tuż przed łatką pop. “Suego Faults” to ciągle pop, jednak z artystycznym zacięciem, niekiedy pokazujący pazur. Daleki od muzycznej sieczki, która z tym gatunkiem jest kojarzona. Bogate arnażacje, zamaszyste refreny – trudno o słaby moment tej płyty. Trudno też znaleźc jakiś wybitnie szczególny, debiut Wolf Gang to zestaw naprawdę równych pod względem potencjału kompozycji. Do subiektywnych perełek zaliczam “Pieces of You” i najbliższe rockowym dźwiękom “Dancing With The Devil”.

Popu z taką twarzą sobie życzę. Melodyjną, bogato zaaranżowaną, przyjemnie kolorową. Niezła konkurencja dla Foster The People.

Katarzyna Wojtasik