WU LYF – “Go Tell Fire to the Mountain”

WU LYF – “Go Tell Fire to the Mountain”
LYF Recordings/2011

Wiele krzyku o młodzieńczy bunt.

World Unite! Lucifer Youth Foundation – trudno chyba o bardziej pretensjonalne rozwinięcie tego skrótu. Ale panowie z najbardziej tajemniczego zespołu lata 2011 lubują się w pretensjonalnych nazwach i obecna wcale nie jest najgorsza: poprzednia to Vagina Wolf. Lucyfer jest chyba nieco stosowniejszy niż pochwa, mimo wszystko.

Tajemniczość WU LYF podobno nie była wcale chwytem marketingowym. Panowie skromnie stwierdzili, że nie mówili, bo nie mieli o czym. Zespół, ponoć niechcący, sprowokował machinę hype’ującą i do tej pory trudno nie słuchać jego debiutanckiej płyty z podejrzliwością. A jest co podejrzewać, bo jeśli wykrzykiwane w bólu wersy Ellery’ego nie są odbierane jako szczere, to cały etos WU LYF idzie na marne.

Ja im wierzę, brzmią na przejętych. Słuchając “Go Tell Fire to the Mountain” można cofnąć się do czasów, kiedy miało się lat piętnaście i zionęło nienawiścią do całego świata. Można nastawić płytę głośno i krzyczeć razem z wokalistą. Pytanie, czy ktokolwiek chciałby wrócić do tych czasów burzy i naporu, których zwykle nie wspomina się zbyt przyjemnie… Nie do końca przyjemna jest też płyta WU LYF.

Przede wszystkim: krzyki. Ellery Roberts, czyli pan wokalista, zakochał się w Isaacu Brocku, Tomie Waitsie, Nicku Cave za czasów Birthday Party, albo w nich wszystkich na raz. Jego wokal przypomina nieco Samuela Herringa z Future Islands, z tym, że Ellery ani na chwilę nie porzuca charczącej maniery, nie wiadomo więc, czy dysponuje równie urokliwym i głębokim głosem. Krzyki są adekwatne do młodzieńczego buntu i ładnie komponują się ze specyficzną muzyką, momentami tworząc wrażenie plemiennego szaleństwa. Ale słuchanie tego przez dziesięć kawałków jest męczące. Aż człowiek ma ochotę się czegoś napić albo połknąć tabletkę na ból gardła.

Specyficzność muzyki tkwi w miejscu nagrywania – był nim stary kościół. Stąd imponujący pogłos i otwierający płytę monumentalny dźwięk organów. W owym dźwięku często pływa reszta instrumentarium (gitary i perkusja), odbijając się od ścian kościoła; efekt jest nieco nieziemski. Całkiem ładny pomysł, sprawdzający się zwłaszcza w “Dirt” z bardzo mocną perkusją. Czasami bębny brzmią, jakby ktoś strzelał, co zapewne nie jest przypadkowe. Cały album opowiada bowiem historię, oczywiście młodego zbuntowanego, jakżeby inaczej. Ale interpretacja tak naprawdę należy do nas, bo słów nie sposób zrozumieć. Ellery nie mógł się zdecydować, czy chce być zrozumiany, z jednej strony przyznaje, że specjalnie wywrzaskiwał swoje teksty tak, żeby słowa stały się nierozpoznawalne, z drugiej stwierdził, że je lubi i umieścił wszystkie na stronie internetowej. Można się nieźle zdziwić przy sprawdzaniu, co rzekomo zawierają. Zabieg służy piosenkom, bo teksty są często nieznośnie patetyczne (najczęściej powtarza się fraza I love you forever).

Jest tu kilka ładnych piosenek, momentami gitary i marszowa perkusja przypominają Explosions in the Sky (“Such a Sad Puppy”), czasem pojawia się nieśmiertelny Animal Collective (“We Bros”) jeśli zgodzimy się na konwencję lucyferyczną, rozemocjonowane krzyki nie drażnią aż tak bardzo. Ale na razie panowie rzeczywiście mają niewiele do powiedzenia i styl heavy pop nie wystarczy na więcej niż jedną płytę.

Katarzyna Borowiec