Wywiad z Anią Rusowicz

Wywiad z Anią Rusowicz

Muzyka – przepis na znieczulicę.

Mateusz Grzeszczuk: W pewnym wywiadzie wspomniałaś o tym, że masz przyjaciółkę psychoterapeutkę, która po przesłuchaniu płyty powiedziała: Słuchając tych piosenek, mam ochotę zapalić jointa. Czuję, że pod jej wpływem zwiększy się u nas spożycie marihuany. (śmiech) A Ty odpowiedziałaś: Moim zdaniem raczej spadnie, bo ludzie zamiast palić, będą słuchali płyty. Pozwolę sobie zapytać, na czym stanęło? Narkotyki, czy płyta Ani Rusowicz? (śmiech).

Ania Rusowicz: Hmm. To była pewna myśl, a w końcu ona jest terapeutką, więc chyba wie, o czym mówi. Natomiast, myślę, że skoro tak powiedziała, to udało mi się osiągnąć ten efekt psychodelii, który chciałam zawrzeć na płycie. Lubię jak coś jest jasne do odczytania, zawsze wiadomo o co chodzi. Chciałam nagrać taką płytę, na której byłoby słychać wpływy muzyki psychodelicznej, rocka progresywnego. Chyba się udało, bo przecież nie jest czasami łatwo wyjść z takiego nurtu “koncertowego” –  tylko siedzisz i grasz.

Nam się udaje i cały czas działamy w takiej niszy, którą zresztą sami kochamy. Zauważyliśmy też, że rynek i ilość odbiorców takiej muzyki na świecie jest olbrzymi. To tylko u nas w kraju jest mała garstka słuchaczy, która się tym interesuje. Ale to też proces edukacyjny, może to się kiedyś zmieni?

Na jaką chorobę XXI wieku zapisałabyś swoją płytę jako receptę?

Znieczulicę, a przecież może być taka jednostka chorobowa.

Z tego co pamiętam, przeprowadziłaś się w listopadzie na wieś. W pewnym też stopniu fascynują cię paleniska, robienie wina, pewien model życia ludzi z przeszłości. Skąd się wzięły u ciebie te “powroty”?

Myślę, że jeszcze nie jest to taka fascynacja kulturą wiejską. To jest bardziej zwyczajna, ludzka potrzeba dążenia do znalezienia swojego miejsca na świecie, do bycia bliżej z naturą, do osiągnięcia spokoju, do fazy zen. Ile można trwać w takim biegu, pogoni? To jest bardzo krótki okres, po którym organizm się wyczerpuje, a wtedy ważny jest czas regeneracji. Ja właśnie się regeneruję w takich warunkach. Ciszy, gdzie nie słychać jazgotu z ulicy. To jest pierwotna potrzeba i nie czuję się w tym odosobniona.

Bo w sytuacji kiedy ktoś cię pytał o ten “świadomy powrót do natury”, wytłumaczyłaś, że zwracasz na to uwagę, co będzie istotne dla ludzi. We współczesnym świecie mamy masę światopoglądów, opinii i dyskusji. Chciałbym zapytać, czy kiedykolwiek angażowałaś się politycznie, masz swój jasny głos wobec pewnych spraw, wydarzeń?

Mogę być jedynie aktywna politycznie tylko w przypadku zagrożenia wojną. W przeciwnym razie polityka nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Zwykle poruszane kwestie w polityce są tak niewielkiej wagi w porównaniu z tym, czym moglibyśmy się zająć. Mówię o tych wszystkich “pierdoletach”, które lecą w stacjach telewizyjnych. Czasami jak obserwuję wypowiedzi polityków, to mam wrażenie, że to jest prawdziwe uprawianie celebryctwa, a nasze problemy to jest nic!

Jeżeli w grę wchodzi wojna to jestem przeciwko temu, aby tracić życie, nawet za wolny kraj. Być może to kontrowersyjna opinia, bo żyjemy w kraju, w którym nasi pradziadowie i dziadkowie walczyli o to, abyśmy żyli w wolności. Żyjemy tylko raz i  raz jesteśmy tutaj gośćmi, a wartość życia stoi nad wszelkimi ideologiami. Jesteśmy ludźmi i powinniśmy to docenić, zostaliśmy wyposażeni w aparat, w rozumowanie, nie jesteśmy zwierzętami. Pomimo wszystko to zwierzęta zabijają, żeby się najeść, a my zabijamy po to, aby mieć władzę, pieniądze. To przykre.

Jeżeli ktoś zaproponowałby Ani Rusowicz uczestnictwo w pewnym proteście, na jakim moglibyśmy cię zobaczyć? Po której stronie?

Myślę, że wzięłabym udział w tradycyjnym ruchu hipisowskim (śmiech). Ooo tak! Tam się widzę!

Udało mi się też doczytać, że twoi znajomi lekko sceptycznie patrzą na to, że akurat interesujesz się obcymi kulturami, religiami, duchowością. Ty jednak nie bałaś się, że w coś bardziej “wsiąkniesz”?

W tym temacie nigdy nie popadłam w skrajność. Nie weszłam w dziwne rejony, gdzie coś mogłoby być podejrzane. Myślę, że nie mam takich zapędów wróżbiarskich. Bardziej obchodzi mnie metafizyczny punkt widzenia.

Wyczytałem akurat coś o Indiach, taoizmie.

Wiesz, ludzie tak reagują z lęku. Żyjemy w kraju katolickim, jesteśmy mocno osadzeni w kulturze i czasami chęć poznawania innych religii może napawać lękiem o coś stałego, co zostało nam wpojone. Samo zaznajamianie się, czytanie, może powodować takie pomieszanie, lęk. Ja staram się go nie mieć, a w zgłębianiu wiedzy nie widzę nic złego, nie jest to przestępstwem. Ale akurat wierzę w to, że są takie przypadki osób, które wchodzą w coś za bardzo np. satanizm.

Jeżeli jesteśmy przy książkach – wiem, że chętnie sięgasz po biografie, poezję. Kogo czytasz? Historia jakiego człowieka zrobiła na tobie największe wrażenie?

Ostatnio jestem na etapie czytania naszej Noblistki – Wisławy Szymborskiej. Zachwycona jestem Hendriksem – jego osobą. “Pokój pełen luster” albo jest tak dobrze napisany, albo Hendrix miał taką osobowość, że tak świetnie się to czyta. Polecam z pełną odpowiedzialnością.

Wizerunek Hendriksa często wykorzystywany jest jako tatuaż.  Ty akurat też masz parę na ciele. Myślisz, że można traktować to w kategorii nałogu? Zrobisz jeden, a reszta leci jak z płatka?

Można w to wejść. To jest pewnego rodzaju uzależnienie, a mnie podobają się tatuaże. Dla mnie to pewna forma sztuki, a ja piszę piosenki obrazami. Ta warstwa obrazowa jest tak ważna, że bardzo przywiązuję do niej wagę. Dlatego jest obraz na okładce mojej płyty, na koncercie – efekty wizualne, obrazowość w  piosenkach. Rysunki na ciele dużo mówią o człowieku.

Dla Ani Rusowicz było bardzo ważne jaki obraz powiesi w swoim salonie?

Tak! W moim salonie wisi natura, wielki obraz Sonii Zengel “Koncert na dwie perkusje”, są grafiki, sporo rodzinnych zdjęć.

Andy Warhol mawiał: Nie ma znaczenia, czy obraz przedstawia Mona Lisę, banana czy okulary Hansa Rittmana – ważne, żeby to było naprawdę pop!. Ja życzę dalszej muzycznej podróży pod prąd i dziękuję za rozmowę!

Rozmawiał Mateusz Grzeszczuk