Wywiad z Bester Quartet.

Zapis rozmowy z kontynuatorami The Cracow Klezmer Band.

Na kilkadziesiąt minut przed występem zespołu w Greifswaldzie w ramach festiwalu polenmARkT (relacja tutaj), spotkałem się z czterema panami na kawie. Jarosław Bester, Mikołaj Pospieszalski (Dagadana), Jarosław Tyrała oraz Oleg Dyyak opowiadali o dotychczasowej karierze grupy, przyczynach zmiany nazwy i planach związanych z piętnastą rocznicą istnienia zespołu.

Uwolnij Muzykę!: Spotykamy się przy okazji piętnastej rocznicy istnienia zespołu. Przez pierwsze dziesięć lat udało wam się nagrać kilka płyt, a potem czekałem i wypatrywałem, ale od momentu zmiany nazwy na Bester Quartet żadna nowa się nie pojawiła… Jakie są tego przyczyny i czy w 2012 nadejdzie wreszcie ta płyta?

Jarosław Bester: Cierpliwi dostają nagrodę, w związku z tym warto czekać…Czemu tak długo? Z przyczyn bardzo prostych. Po pierwsze: w momencie, kiedy zmieniliśmy nazwę, nastąpiło kilka rzeczy reorganizacyjnych. Najpierw trzeba było przyzwyczaić ludzi do tego, że istnieje teraz ta nowa nazwa, ale zespół jest ten sam. Druga rzecz: chodziło o taki czas, który miał posłużyć temu żeby następna płyta faktycznie różniła się od wcześniejszych, bo nagrywanie płyt rok po roku jest fajną rzeczą, ale nie pokazuje ewidentnego rozwoju zespołu. To jest cały czas taki monolit czteroosobowy, do którego oczywiście co jakiś czas zapraszaliśmy różnych gości, ale to nie oznacza, że to brzmienie zmieniało się tak radykalnie. Były różne projekty; była muzyka pisana przez Zorna adaptowana na nasz zespół czy też własne kompozycje. Natomiast brzmienie było cały czas takie same. Wydaje mi się, że ta płyta, która faktycznie ukaże się w 2012 roku, czyli dokładnie w piętnastą rocznicę istnienia naszego zespołu, powinna pokazać odmienność jak i ten rozwój, który nastąpił od 2007, kiedy ukazała się nasza ostatnia płyta pod nazwą The Cracow Klezmer Band “Remembrance”.

Uwolnij Muzykę!: Widziałem klip, w którym podsumowywaliście waszą dotychczasową działalność, tam zdradziliście również, że planujecie wydać płytę ale także jest taki pomysł, by zaprosić znane osobistości na wasze koncerty do Polski. Czy możecie zdradzić kogo m.in. macie na myśli?

Jarosław Bester: Myślę, że nie ma sensu zawczasu rzucać nazwiskami. Wszystko jest jeszcze planowane. W zależności od możliwości finansowych – bo to jest chyba w dzisiejszych czasach podstawa wszystkiego – a skończywszy na możliwościach czasowych pewnych osób. Nie chcielibyśmy też wprowadzać naszych fanów w błąd, bo podamy jakieś nazwisko, które z jakiegoś powodu może się nie pojawić i nastąpi jakaś kolizja – ktoś pomyśli, że to jest jakiś chwyt marketingowy. Na pewno postaramy się o to żeby te obchody piętnastolecia były, jeżeli nie huczne, to przynajmniej kolorowe.

Uwolnij Muzykę!: Planujecie podzielić te obchody 50:50 na koncerty za granicą i koncerty w Polsce?

Jarosław Bester: Myślę, że tak. Generalnie staramy się grać w Polsce najwięcej ile się da, w zależności od możliwości. Więcej tych koncertów gramy jednak zagranicznych. Natomiast bardzo zależy nam na tym, żeby dostępność naszych koncertów w ramach piętnastolecia była proporcjonalna. Na pewno te większe projekty, szczególnie z orkiestrami, które będziemy chcieli wykonać, odbędą się w Polsce, bo to będzie logistycznie najłatwiejsze do zrealizowania.

Uwolnij Muzykę!: Szykujecie jakąś niespodziankę pod względem repertuaru? Koncerty premierowe z nowym materiałem?

Jarosław Bester: No my to robimy już w zasadzie od dłuższego czasu. Wykonujemy większość materiału, który ukaże się na nowej płycie. Przyzwyczajamy do tych nowych brzmień. Wersja studyjna będzie się pewnie różniła, poza dobrym dźwiękiem, jakimiś niespodziankami w postaci gości specjalnych, ale tego też nie będziemy jeszcze zdradzać.

Uwolnij Muzykę!: Czy ta nowa płyta również ukaże się w Tzadiku?

Jarosław Bester: Jak najbardziej tak, my nadal współpracujemy z Tzadikiem i Zornem; od strony fonograficznej, ale też jesteśmy zapraszani przez Zorna na różne koncerty organizowane bezpośrednio przez niego, bądź przez ludzi, z którymi on współpracuje. Ta przyjaźń i zaufanie między nami nadal funkcjonuje, więc nie widzimy powodu do tego, by zmieniać wytwórnię.

Uwolnij Muzykę!: Długo musieliście się docierać pod względem muzycznym?

Mikołaj Pospieszalski: Mogę powiedzieć, że zostałem zaproszony do współpracy niecałe dwa lata temu i była to dla mnie totalna zmiana stylistyczna. Przede wszystkim postawiło mi to bardzo wysoko poprzeczkę, by nauczyć się grać tych utworów…

Jarosław Bester: Ale długo się nie musiał docierać, ponieważ jest zdolny i złapał w zasadzie wszystko od razu.

Mikołaj Pospieszalski: Trochę tak, ale trochę potrzeba było czasu, żeby to wszystko weszło w palce i jeszcze to wyczucie muzyczne. Bardzo byłem zaskoczony początkiem tej współpracy i jestem cały czas szczęśliwy, że mogę grać w takim świetnym składzie, tak wspaniałą muzykę, która zawsze wymaga czegoś ode mnie.

Jarosław Bester: To można tylko tyle powiedzieć, że cały czas się docieramy. W muzyce jak się dotrzemy to znaczy, że trzeba zamknąć sklep i sprzedawać ogórki, warzywa. Muzyk, który powie, że się już dotarł, to nie jest już muzykiem dobrym. Natomiast jak chodzi o takie zgranie czysto teoretyczne, to na pewno każdy zespół potrzebuje na to lat. To jest kwestia wypracowania własnego języka muzycznego. Nie ma czegoś takiego, że stwarza się zespół i on od razu jest taki wyrazisty. Jeżeli nagrywa pierwszą płytę – po naszych płytach można było to łatwo zobaczyć – to każda następna płyta wnosi coś nowego i słychać inny kształt wykonawczy, pewność, inność aranżacji i kompozycji. To jest taki proces, który trwa….Łatwo przywołać znany zespół Kronos Quartet, który za dwa lata będzie obchodzić czterdziestolecie, tutaj chyba szybciej można by zapytać, czy oni się dotarli, czy też nie. Sądzę, że dokładnie to samo by powiedzieli, że walka trwa.

Uwolnij Muzykę!: Skoro już jesteśmy przy brzmieniu, to słyszałem, że płytę “Book of Angels” stworzyliście w zasadzie w tydzień i nie chciało mi się wierzyć, bo to pod względem instrumentalnym i recepcyjnym naprawdę świetna płyta.

Jarosław Bester: Ale to jest prawda, ona powstała dokładnie w sześć dni – materiał, aranżacje. Natomiast samo nagranie trwało bodajże trzy dni?

Oleg Dyyak: Dwa, trzy dni.

Jarosław Bester: Trzy dni chyba no i ze dwa dni miksów. Także łącznie daje to tydzień nagrań i tydzień przygotowania materiału. To było bardzo duże tempo, natomiast myślę, że działało to już tak, że byliśmy w dużym rozpędzie w kontekście nagrywania płyt i jednocześnie koncertowania, bo ten właśnie rok 2006 i 2007, to był taki najlepszy rok zespołu w kontekście ilości koncertów wykonywanych i też jakby takiego przygotowania się do studyjnego myślenia, bo co innego nagrywanie w studiu, a co innego koncertowanie w sali. Studio wymaga nieco innego podejścia i ogarnięcia formy, która ma być czytelna – ma być próbką dla słuchacza, a nie nudą, która będzie powiewała. Wiadomo, że taka sama długość improwizacji, która jest wykonywana na koncercie, wykonana na płycie studyjnej niekoniecznie musi się sprawdzić. Od razu były więc przygotowane pewne sekwencje, co do długości tych improwizacji, skuteczności brzmienia i dzięki temu, że byliśmy faktycznie dobrze przygotowani stało się tak, że ta płyta powstała w bardzo krótkim czasie.

Uwolnij Muzykę!: Dzisiaj gracie w Niemczech, czy zauważacie po tylu latach wspólnego grania znaczące różnice w recepcji waszych koncertów i utworów w poszczególnych państwach?

Jarosław Tyrała: Taaaaak….

Jarosław Bester: Mówcie coś.

Jarosław Tyrała: Ty już mów, jak zacząłeś…

(śmiech)

Jarosław Tyrała: Czy zauważyliśmy? Raczej od początku, jak wykonujemy muzykę razem, odbierani jesteśmy tak samo ciepło, spontanicznie i bardzo dobrze wszędzie. Nie zauważyłem dużej różnicy.

Jarosław Bester: Poza Austrią…

Jarosław Tyrała: Poza Austrią.

(śmiech)

Uwolnij Muzykę!: A co takiego tam miało miejsce?

Jarosław Bester: Tam bardziej Straussa można grać…

(śmiech)

Jarosław Bester: Generalnie marsze i Trich Trach Polki.

(śmiech)

Mikołaj Pospieszalski: Nie, mnie się wydaje, że wtedy nie było dużo ludzi w sali, czy…

Jarosław Bester: Nie no, generalnie wszędzie na świecie jesteśmy dobrze odbierani. Tam też podobno, tylko że my nie odczuwamy tego ciepła, tak jak by się chciało je odczuć. Być może to jest nacja, która nas trochę inaczej odczytuje. Może za bardzo ludzie chcą też usłyszeć – bo to jest czasami błąd organizatora, kiedy wpisuje w notkę, że wykonujemy tradycyjną muzykę klezmerską, co nie ma już nic wspólnego z tym zespołem….Zespół wywodzi się z tradycyjnej muzyki klezmerskiej – od tego rozpoczął swoją działalność – natomiast to, co wykonuje w tej chwili jest tylko inspirowane muzyką klezmerską czy kulturą żydowską. Poza tym więcej jest teraz innych elementów; elementy muzyki klasycznej, współczesnej i jazzowej. Dlatego myślę, że słuchacze w pewnych krajach mogą być zdezorientowani błędną informacją w broszurkach, bo przylgnęła do nas ta nazwa The Cracow Klezmer Band. Dobrze, że ona jest gdzieś tam jeszcze kojarzona, bo to podstawa czegoś, z czego wychodziliśmy. Natomiast w kontekście odbioru naszych koncertów, naszej muzyki na scenie czy też z płyt, trzeba sobie uświadomić to, że to nie jest taki typowy klezmerski band, który można usłyszeć na festiwalach klezmerskich. Myślę też, że to kwestia przyzwyczajenia słuchaczy do pewnych gatunków muzycznych. Akurat w Niemczech, we Francji czy w Hiszpanii jest dużo różnej muzyki i ci ludzie są bardzo osłuchani, bardzo zaznajomieni z różnymi propozycjami. Nawet jeżeli u nas pojawia się jakiś element w opisie – ktoś napisze, że to muzyka związana z klezmerską, to i tak ludzie przyjmują to bardzo entuzjastycznie. Dla nich to właściwie zaskoczenie pozytywne, że nie dostali dawki typowej, tylko jakąś nietypową muzykę, która ma jakieś powiązanie z klezmerską ale niekoniecznie tak bezpośrednio.

Uwolnij Muzykę!: Jakiej muzyki słuchacie na co dzień? Różnicie się bardzo pod tym względem?

Jarosław Tyrała: Czego słucham? Słucham od klasyki, po rock…metalu może mniej. Generalnie wszystko.

Uwolnij Muzykę!: Ma to jakieś przełożenie na twój wkład do zespołu?

Jarosław Tyrała: Raczej nie, staram się szukać swojej stylistyki i nie staram się wzorować na czymkolwiek. Słuchanie czysto dla przyjemności, a nie do tego, żeby pobierać jakieś elementy z innych kierunków muzycznych.

Mikołaj Pospieszalski: U mnie to jest tak, że ja właściwie też słucham całego spektrum muzycznego: od muzyki folk po jazz. Zdarza się też muzyka klasyczna oczywiście i niektóre utwory rockowe, zależy jaki poziom zespół reprezentuje. Jak jest coś, co mnie intryguje i widać, że jest to coś ambitnego, wtłoczonego w ramy każdego rodzaju muzyki, to zawsze zwraca to moją uwagę.

Oleg Dyyak: Chyba podobnie w zasadzie.

(śmiech)

Mikołaj Pospieszalski: Wymijająco.

Oleg Dyyak: Zależy od chwili, zależy też w jakim nastroju jesteś. Jak ktoś ci coś poleci, to się wtedy słucha. Generalnie nie lubię płyt, które mi się podobają po pierwszym przesłuchaniu – zazwyczaj do nich nie wracam.

Uwolnij Muzykę!: To ciekawe podejście. Funkcjonuje też taki stereotyp o muzykach jazzowych, czy ogólnie o tej tzw. kulturze wyższej, że oni tylko siedzą w tej swojej muzyce, a tutaj słyszę metal, rock…

Mikołaj Pospieszalski: Moim zdaniem to nie jest prawda, bo znam wielu muzyków i jazzowych i…z tego co słyszę, jakiej muzyki oni słuchają (to są tacy naprawdę mainstreamowi jazzmani) no to można wymienić takie zespoły jak Grizzly Bear albo nawet w kierunku pop-rocku, tylko że z ciekawymi inspiracjami i ciekawym brzmieniem. Wymieniłem jeden zespół, ale jest to naprawdę bardzo szerokie spektrum. Kiedyś może tak było – rzeczywiście jazzowi muzycy bardzo się zamykali na ten jeden nurt, ale wydaje mi się, że teraz jest taki wszechobecny miszmasz.

Jarosław Bester: A ja na przykład swoją muzykę średnio lubię słuchać, wolę ją grać szczerze mówiąc. Słuchać nie bardzo, bo człowiek znajduje tam ciągle swoje błędy i szuka dziury w całym. Gdy chciał podejść do tego tak, że chciałby zrobić to tak, jak by naprawdę chciał to zrobić, to musiałby to nagrywać chyba dwa lata i też nie wiadomo czy efekt byłby taki, jaki chciał, bo zawsze by się coś znalazło. To nie jest tylko kwestia wykonania, brzmienia, wyobrażenia o tym brzmieniu, więc jak słucham jakichś swoich nagrań to po piwie – lżej mi wchodzą.

(śmiech)

Uwolnij Muzykę!: A poza swoimi nagraniami?

Jarosław Bester: A poza swoimi nagraniami to jak wszyscy tutaj w zespole – słucham szeroko rozumianej muzyki. Generalnie staram się słuchać muzyki dobrej, bo inna mnie nudzi. Słabe wykonania są bardzo szybko rozpoznawalne i one są wręcz dla mnie irytujące czasami, bo jest taka moda generalnie, że dzisiaj wszystko jest fajne. Wszyscy widzą we wszystkim dobre strony, a ja właśnie mam odwrotnie; jestem stary typ i wcale nie dopatruję się we wszystkim, że wszystko jest dobre, bo uważam, że dobry projekt to nie jest tylko kwestia nagrania płyty i opowiedzenia jakiejś filozofii, dobrania do tej płyty, bo niestety bardzo często tak się dzieje, tylko to jest kwestia wytworzenia czegoś naprawdę oryginalnego. Dzisiaj jest generalnie moda na miksowanie wszystkiego ze wszystkim, a ja uważam, że trzeba szukać swojej drogi, własnego języka. To jest wtedy moim zdaniem najbardziej wiarygodne i widoczne, to jest tak, jak się słucha znanych muzyków, kompozytorów czy też wykonawców – oni mieli zawsze własny język. Nie ważne czy to John Zorn, Gary Moore czy Santana, czy jakiś klasyk typu Perlman – każdy z nich ma jakiś swój język muzyczny i podaje go w taki sposób, że z zamkniętymi oczami włączasz i to jest to. Natomiast jak dzisiaj słucham propozycji radiowych to mogę zamknąć oczy i dla mnie wszystko jest to samo.

Uwolnij Muzykę!: Chyba że to jest szwedzkie radio, bo słyszałem, że jeden z waszych utworów został wydany na składance Sveriges Radio P2.

Jarosław Bester: Takich składanek to mamy na swoim koncie bardzo dużo. Szwedzkie radio akurat kiedyś nas nagrało u nich w jakiejś sali koncertowej, chyba nawet w synagodze z tego co pamiętam. Postanowili to wrzucić do swojej kolekcji, natomiast takich składanek przerobiliśmy dużo w różnych krajach, bo prosili nas o użycie materiału (głównie tego z koncertu, bo z płyty nie możemy dawać, gdyż to jest własność Tzadika).

Uwolnij Muzykę!: Często dajecie się ponieść na koncertach? Słyniecie z bardzo energicznych występów. Czy często jest tak, że jeden z was, bez kontaktowania się z resztą, zaczyna gdzieś uciekać, a później po koncercie mówi: ale to było fantastyczne co my zrobiliśmy, taka spontaniczna improwizacja?

Jarosław Bester: Tak, u nas to jest dosyć częste, tylko to zależy oczywiście od publiczności, bo uciekanie jest łatwiejsze wtedy, kiedy odczuwa się naprawdę dobry odbiór. Kiedy atmosfera jest gorąca, wtedy to uciekanie jest u każdego w zasadzie proporcjonalne, równe. Kiedy publiczność jest taka typowa – fajna, ale niekoniecznie musi się dawać tak łatwo ponieść naszym wyobrażeniom o tej muzyce – to uciekanie jest mniej intensywne. Każdy koncert jest jednak czymś innym, charakteryzuje się inną energią, te same utwory wykonywane dzisiaj, jutro na pewno nie będą brzmiały tak samo. Nawet jeżeli ktoś się przyczepi, że był na jakimś koncercie, ale improwizacja zaczynała się podobnie. Dobrze, że tak jest, bo gdyby się zaczynała za każdym razem inaczej to niekoniecznie musiałoby to być ciekawe, więc lepiej żeby była podobnie rozpoczęta, a inaczej skończona, niż zagrana nutka w nutkę…Niektórzy też mówią, że grają improwizacje, a w rzeczywistości odgrywają nutki, których wcześniej się nauczyli. To się nazywa improv, a później się okazuje, że improva nie było.

Mikołaj Pospieszalski: Znając i analizując wielu muzyków jazzowych…Oni często wtykają swoje frazy w ramy harmonii, np. mieliśmy analizę Johna Coltrane’a na zajęciach i okazało się, że w “Giant Steps”, czyli takim kawałku, o którym wszyscy myślą, że to jest najwyższy poziom gry muzyki jazzowej….okazuje się, że on gra klockami, które się powtarzają, tylko są różnie skonfigurowane; funkcje lecą, harmonia się zmienia bardzo szybko. Rzeczywiście to widać, że często improwizacja jest rzeczą wyuczoną.

Oleg Dyyak: Kontrolowaną.

Mikołaj Pospieszalski: Kontrolowaną. Uważam, że nawet to jest dobre czasami, ponieważ po tym można poznać bardzo dobrego muzyka, bo wtedy jest w stanie nabudować…

Jarosław Bester: Generalnie to improwizacja jest też, szczególnie w przypadku takiego zespołu jak nasz, formą ekspresji. Dlatego koncerty charakteryzują się bardzo często tą ekspresją i spontanicznością, ponieważ w zależności od odbioru ta improwizacja jest kreowana w taki, a nie inny sposób; jest bardziej dynamiczna albo spokojniejsza. To też kwestia sali w tym wypadku. Gra się czasami w synagodze, w której pogłos jest na tyle duży, że czym więcej tych dźwięków jest, tym więcej się robi chaosu. Kiedy się gra koncert w teatrze, tak jak dzisiaj, kiedy akustyka jest bardziej wytłumiona to można sobie pozwolić na więcej, gdyż to będzie bardziej klarowne. Bardziej wirtuozowskie sola będą pozwalały na wypełnienie tej sali w taki sposób, że ludzie będą mogli się poczuć jeszcze bardziej komfortowo, jeżeli chodzi o słuchanie tej muzyki.

Uwolnij Muzykę!: Macie jakieś preferencje odnośnie miejsc, w których gracie? Kameralne sale? Festiwale? Otwarta przestrzeń?

Oleg Dyyak: Najmniej.

Jarosław Bester: Najmniej otwarta przestrzeń, ta muzyka do tej otwartej przestrzeni chyba nie do końca pasuje. Natomiast jeżeli chodzi o całą resztę, to wszystko nam odpowiada, pod warunkiem, że brzmi dobrze.

Rozmawiał Łukasz Stasiełowicz