Wywiad z Bohren & Der Club of Gore

Wywiad z Bohren & Der Club of Gore

Morten Gass o początkach zespołu i trudnościach w doścignięciu zeszłorocznego albumu.

W połowie sierpnia Gdańsk stanie się gospodarzem nowego festiwalu – Little Festival, którego priorytetem będzie skupianie artystów nietuzinkowych, wymykających się wszelkim gatunkowym klasyfikacjom. Tak enigmatyczny profil daje niewielkie wyobrażenie o tym, czego w rzeczywistości można się spodziewać, ale zamiast zarzucania was dziesiątkami przymiotników, polecam wywiad z Mortenem Gassem – członkiem Bohren & Der Club of Gore.

Jarosław Kowal: “Gore” w nazwie zespołu, Bruce Lee na okładce – wygląda na to, że interesuje Was bardziej popkultura niż Coltrane czy Charlie Parker. Jak to się stało, że kolesie, którzy siedzieli w hardcorze sięgnęli po melotron albo saksofon i obrali kompletnie inny kierunek?

Morten Gass: W 1991 roku osiągnęliśmy punkt, poza którym chcieliśmy robić bardziej autorskie rzeczy. W żadnym wypadku nie miało to mieć niczego wspólnego z heavy metalem czy hardcorem, a z całej muzyki, jaką wówczas znaliśmy, wyglądało na to, że Sade, Chris Isaak i smooth jazz są temu najodleglejsze. Chcieliśmy także uniknąć ponownego szufladkowania. A tak przy okazji, zajęło nam kilka lat zanim sięgnęliśmy po saksofon i melotron. Pierwszą EP-kę nagraliśmy w 1993 i słychać na niej tylko perkusję, bas oraz gitarę z pogłosem. Na debiutanckim albumie – “Gore Motel” – dodaliśmy jedynie organy Farfisa, a na “Midnight Radio” użyliśmy pianina Rhodesa oraz Korga 900PS. Był to raczej pewien rodzaj stopniowego przyrostu ekwipunku z albumu na album, całkiem normalne dla zespołu, który ewoluuje.

Myśleliście kiedyś o reaktywacji 7 Inch Boots albo o powrocie do hardcore’u pod inną nazwą?

Nie chcemy już mieszać się w hardcore’ową scenę, ale przez długi czas graliśmy rocka w naszej sali prób. Niestety bunkier, w którym ćwiczyliśmy został zamknięty po wypadku w Duisburg w trakcie Loveparade w 2010 roku. Od tego czasu nie znaleźliśmy miejsca, które zniosłoby wysoką głośność.

Na Waszych albumach słychać wiele instrumentów, ale dla mnie jednym z najważniejszych jest cisza. Buduje niezwykłą atmosferę, ale czy jest to coś intencjonalnego, czy dzieje się przypadkiem?

To leży w naturze rzeczy, kiedy gra się wolną muzykę. Akustyczny kontrabas nie ma takiego samego wybrzmiewania, co kompletnie przesterowana gitara. Podejrzewam jednak, że mówisz raczej o “ciszy odczuwanej”. Właściwie zawsze słychać brzęczenie, syczenie i zanikanie w tle. Zwłaszcza przy tak spokojnym instrumentarium, jak w wypadku Bohren.

Występ przed publicznością dodaje Ci energii, czy wręcz przeciwnie, ruch i oddech innych ludzi jest utrudnieniem?

Faktycznie potrzebujemy pewnego zdystansowania się od publiczności. Trudno jest nam skupić się, kiedy ludzie stoją tuż przed sceną. Właśnie dlatego na naszych koncertach zawsze powinny być miejsca siedzące, wtedy nie ma znaczenia, czy ludzie szepczą, są pijani, czy śpią.

Gracie głównie pojedyncze koncerty, nie ciągnie Was do życia na trasie?

Wydaje mi się, że nikogo nie ciągnie, chyba że jest się młodym, hiper entuzjastycznym albo gra się w punk-rockowym zespole.

Minęło już trochę czasu od wydania “Piano Nights”, pracujecie już nad nową muzyką?

Szczerze mówiąc, wciąż nie zdołaliśmy napisać choćby jednego utworu, który mógłby się równać z materiałem zawartym na “Piano Nights”. Co nagle, to po diable [śmiech].

Bohren & Der Club of Gore wystąpi 14 sierpniaTeatrze Leśnym w Gdańsku wraz z zespołem Zu. Dzień wcześniej Little Festival zagości w Europejskim Centrum Solidarności, gdzie zagrają Piętnastka oraz Origami Arktika. Szczegółowe informacje dotyczące festiwalu znajdziecie TUTAJ.