WywiadyprzemekFismoll

Wywiad z Fismollem

WywiadyprzemekFismoll

Wywiad z Fismollem.

Jesień jest z ognia, a życie z wody?

Mateusz Grzeszczuk: Mieliśmy pogawędzić przed koncertem, ale wtedy powiedziałeś mi, że po występie mogę stracić ochotę, aby porozmawiać (śmiech).

Fismoll: Wiesz, tak czasami jest. Przykładowo monitor, który stoi obok sceny, z którego słyszę swój głos, nie jest tak rozkręcony jak na próbie. Głos ucieka. I nie, nie chodzi o to, że ludzie wybiegają z klubu z paniką i krzykiem. Pomyślałem, że jak będzie wszystko ok, to może zechcesz ze mną pogadać (śmiech).

Wiesz, ja sobie tak myślę, że chyba do tego wywiadu nie dojdzie. Wydaje mi się, że wszystko powiedziałeś na scenie.

To jest o tyle trudne, bo po raz pierwszy gram w Warszawie. Z tym miastem mam coraz więcej do czynienia, tutaj nagrywałem płytę, tutaj czasami pomieszkuję. Pomimo wszystko trzeba się zaaklimatyzować. Dzisiaj przyjechaliśmy stosunkowo późno. Zjedliśmy na szybko, próba. Tempo ekspresowe. To jednak daje pewny zastrzyk tremy. Czy wszystko powiedziałem? Być może tak…

Twoją płytę kupiłem w lipcu. Otwieram, a w środku książeczka. Motyw przewodni – wędrówka. Może właśnie na polanę? Zastanawiam się jednak, jakie to jest miejsce, jacy ludzie tam przychodzą, w jaki sposób tam się dostać?

Mieszkam na osiedlu, blokowisku. Peryferia. Mieszkając od 19 lat w bloku człowiek się uczy dużo pokory, pewnego opanowania. Nie zawsze spotykasz fajnych ludzi na swojej drodze, wracając do domu. W pewnym momencie poznałem Jędrzeja Guzika, który też jest autorem okładki i spraw wizualnych. Pokazał mi polanę, która jest dosłownie 300 m od naszego miejsca zamieszkania. I my sobie tam chodzimy. Albo ja sam, albo z nim.

Miejsce refleksji. Trzeba przejść przez tory, obok jest stary cmentarz XIX-wieczny. Chodzimy tam bez względu na porę roku. Wiosną ogląda się słońce o specyficznej barwie, zimą – posłuchać jak trzeszczy śnieg pod butami, jesienią bierzemy zapalniczki i podpalamy zioła, wąchamy -  piękny zapach!  I zdecydowanie nie jest to nic odurzającego, jesteśmy tam trzeźwi (śmiech). To jest miejsce oczyszczenia. Chodzę tam rozmawiać ze sobą, medytować, pobyć.

Czasami wydaje mi się, że polana ma coś też trochę z metafizyki. Jest miejscem wyobrażonym. Biorąc pod uwagę tylko mój pobyt tam podczas odsłuchiwania twoich utworów.

Mam skomplikowaną wyobraźnię, ale “chomik” zaczyna w mojej głowie biegać, gdy kładę się spać albo wymyślam dowcip (nie zawsze zabawny). Przede wszystkim staram się bardzo otwierać na zauważanie małych rzeczy, szczegółów. Lubię pisać, mówić o tym, co się dzieje realnie, a nie o tym, co nie ma pokrycia z rzeczywistością. Polana nie jest miejscem wymyślonym, ale rzeczywistym. Bardzo chciałbym zorganizować tam koncert. Nie wiem, czy jest to teren publiczny, czy prywatny, ale marzy mi się rozstawić sofy, oświetlić? Pewnie płakałbym jak baba, bo zupełnie “rozebrałbym się” przed ludźmi. Tam chodzę tylko z najbliższymi. Trudno byłoby przełamać się, żeby pokazać ją komuś innemu.

Kiedy słucham utworów pewnych wokalistów, mam wrażenie, że tylko warstwa słowna tworzy pewną intymność. Z tobą było zupełnie inaczej. Linia melodyczna zaciska prywatną, odosobnioną sferę. Jako człowiek, często otwierasz furtki innym ludziom? Otwierasz się całym sobą?

Uwielbiam pomagać ludziom. Nie czuje się nigdy wyżej. Każdy ma w sobie kiełkującą w myśli czystkę, ma coś pięknego, co trzeba odkryć, rozgrzebać, dotrzeć do serducha. Chciałbym to jakoś ubrać w słowa…

Będąc w mieszkaniu z moją dziewczyną, krzyczy żebym pozbył się koców z mieszkania, bo “po co aż tyle”. Była taka sytuacja, że na jednej z głośniejszych ulic w Poznaniu, wracając ze sklepu zauważyłem faceta, który siedzi otulony kurtką. Ma jakiś wózek i karteczkę obok, na której widnieje napis “CHCĘ ŻYĆ”. Nie, że zbieram na to i na to, ale to bardzo proste, a jak wstrząsające zdanie. I w tym wypadku mogłem mu pomóc przeżyć albo nie. Oddaliśmy mu z K. oba koce i poduszki. Nigdy nie daję pieniędzy. Zrobię zakupy, przyniosę coś do ubrania. Nie zawsze jest dane mi poznać historię tych ludzi, mimo że pytam zawsze “co się stało?”. Nie każdy odpowiada, zastanawiałem się kiedyś “dlaczego”. Bo dziwnym jest dla nich człowiek, który chce ich choć na chwilę ocalić od samotności…

Mówisz o Bogu, domniemam że jesteś osobą wierzącą. Dwa pytania w jednym, jedno dosyć standardowe, czy twoja wiara mogłaby ci jakkolwiek przeszkadzać w muzyce? Ile pierwiastka Stwórcy, jest na “At Glade”? Ktoś dołożył swoja cegiełkę?

On zrobił najwięcej. I nie są to słowa “prawicowego katola”. Dostałem talent, rozwijam go. Jest przecież w Biblii przypowieść o talentach. Jeżeli komuś będzie to przeszkadzać, że wierzę w Boga, wtedy podam mu rękę, podziękuję za wyrażenie swojej opinii. Mam swoją drogę, on ma swoją drogę. Bóg dał mi wiele razy do zrozumienia, że ta “energia” istnieje. Nie wierzę w przypadki. Może jestem naiwny, ale fajnie się żyje ze świadomością, że jest ktoś, kto pomaga. Jest Bóg. Do kościoła chodzę bardzo rzadko. Pomodlę się w tramwaju, w jakimś innym ekstremalnym miejscu: Cześć Chłopie, fajnie dzisiaj było, dzięki! Nie wypada mi już prosić o więcej. Wiesz Mateusz, jeszcze nie kopnął mnie w tyłek za takie podejście jak do przyjaciela. Skupiam się na sacrum, na nim samym i to mi wystarczy.

Co mu zawdzięczam na płycie? Stworzył mnie takiego, dał rodziców, którzy wpoili wartości,  jakiś spokój, na mojej drodze postawił wiele przeszkód, ale to dobrze, chciał, żebym się sprawdził. Wydaje mi się, że ten spokój na płycie jest od Niego. Wyczulił we mnie zmysły.

W stosunku do takiej muzyki jak m.in. twoja, pada opinia, że procesowi twórczemu towarzyszy samotność. Mówiłeś o miłości, wspominałeś o dziewczynie, na koncercie “tej jedynej” zadedykowałeś utwór. Wiadomo, że artysta musi mieć chociaż trochę intymnego świata. Jak dogadujecie się nawzajem w tych kwestiach?

Przebywając z nią dostaję tyle pozytywnej energii! To jest takie inne, namacalne. Dawka inspiracji, po której nie potrzebuję samotności. Siedzimy sobie razem. Wystarczy, że się spojrzy, że oddech słychać, szyja jest ciepła, a ona powie coś takim śmiesznym głosem. Idzie do sklepu, ja biorę za gitarę, gram, przychodzi i znów denerwuje się, że zamuliłem. Potem tylko przepraszam mówiąc, że jest mi tak fajnie, tak dobrze. Nie znam prawdziwej samotności, znam odosobnienie.

W trakcie koncertu urzekł mnie jeden moment. Wtedy kiedy przez długi, długi czas, razem z Kacprem patrzyliście sobie w oczy. Co nawzajem chcieliście sobie przekazać? Co w nich zobaczyłeś?

Wiesz, ja mam świadomość, że nigdy nie chciałbym zmieniać składu. Jeżeli ktoś zechce pójść swoją drogą – muszę się z tym pogodzić. My wszyscy żyjemy bardzo, bardzo blisko. Nie wyobrażam sobie, abym miał grać bez Kacpra, patrzeć w inne oczy niż kumpla ze szkolnej ławki. W ogień byśmy za sobą skoczyli. Tak samo jest z Robertem, Kristie. Muzyka powinna zbliżać ludzi, a nie stawiać w punkcie startu jak to często bywa wśród muzyków.

Kiedyś w wywiadzie powiedziałeś o swoim intymnym miejscu powyżej 1000 m n.p.m. Pamiętasz może co to za miejsce?

Bardzo często jeżdżę w Karkonosze. Samotnia, schronisko, Strzecha Akademicka albo Odrodzenie na Przełęczy Karkonoskiej. W górach nauczyłem się szacunku do natury, do żywiołów. Zrozumiałem też poniekąd piękno stanu wyciszenia.

Jakim żywiołem jest Fismoll?

Jesień jest z ognia, a życie z wody…

To cytat z wiersza Jędrzeja Guzika. Chłop rysuje świetnie, ale jak pisze pięknie…

Dziękuję za rozmowę! Ale właśnie! Dlaczego Fismoll i skąd czerpiesz inspiracje? (śmiech)

A no tak zapomniałem odpowiedzieć! (śmiech) Dziękuję za spotkanie!