WywiadyprzemekHurts

Wywiad z Hurts

WywiadyprzemekHurts

Wywiad z Hurts

Odpowiedź brzmi: i tak, i nie.

On: pośrodku deszczowego Londynu, gdzieś w korku. Ona: w jednym z wrocławskich biur z widokiem na deszczowe, pięknie oświetlone wieczorem miasto. O fanach, marzeniach, sławie i najnowszym albumie opowiedział nam Adam Anderson – połowa duetu Hurts.

Maria Grudowska: Wiecie, że w Polsce jest ogromna grupa waszych fanów. Odczuwacie w jakiś sposób ich wsparcie?

Adam Anderson: Myślę, że to najwspanialsza, najbardziej lojalna grupa fanów, jakich mamy na świecie. Tu już zdążyła wytworzyć się taka szczególna więź: my rozwijamy się, a oni razem z nami. To naprawdę wspaniałe, doceniamy ich i czujemy się zaszczyceni, że tak duża, wspaniała grupa nas wspiera!

M: Wspaniale mi to słyszeć, tym bardziej, że czuję się częścią tej grupy! Pamiętam wasze początki, od pierwszego teledysku, czarno-białego, nagranego na słabej jakości taśmie do piosenki “Wonderful Life”. Zmieniliście się znacząco od tamtej pory, prawda?

A: I tak, i nie. W jakiś sposób oczywiście tak: nie mieszkamy już w Manchesterze, nie jesteśmy już bezrobotni i prowadzimy inne życie, ale kiedy siadamy i zaczynamy pisać muzykę, współpracujemy z tymi samymi ludźmi, korzystamy z tych samych technik, panuje ta sama atmosfera… Z jednej strony nasze życie zmieniło się diametralnie, z drugiej – nie zmieniło się nic. Ciężko powiedzieć, że jesteśmy inni. Myślę, że wciąż jesteśmy sobą: mamy te same cele, te same ideały.

M: A czy siedem lat temu wyobrażaliście sobie, ze kiedyś może to wyglądać tak, jak to wygląda dziś?

A: Hmmm… nie. Byliśmy wtedy zdeterminowani. Myślę, że byliśmy najbardziej zdeterminowanymi ludźmi w Manchesterze w tym czasie i wierzyliśmy, że pewnego dnia coś dobrego się wydarzy. I się wydarzyło. Więc z jednej strony liczyliśmy na to, byliśmy zdeterminowani, ale z drugiej strony nie byliśmy na to gotowi, więc znów odpowiedź brzmi: i tak, i nie. Przepraszam [śmiech].

M: A teraz, kiedy już wiesz jak działa show business i jesteś w jego samym centrum, jesteś bardziej zaskoczony czy zawiedziony: całą tą pracą, jaką trzeba wykonać wokół tworzenia muzyki: wywiady, spotkania, wiecznie te same pytania dziennikarzy…?

A: Nigdy nie będę narzekać, na to, co się dzieje. Jest wielu muzyków i wiele zespołów, które gotowe są zabić żeby zdobyć to, co my osiągnęliśmy. I szczerze mówiąc, nie ma na co narzekać: to najlepsza praca na świecie! Oczywiście, czasem jest tak, ze spędzamy cały dzień na lotnisku, czasem jesteśmy zmęczeni, znudzeni, ale to nadal nasza wymarzona praca. I nie narzekamy.

M: A co z czasem intensywnej promocji?

A: No tak, oczywiście, to męczy, jak każda inna praca. Są lepsze i gorsze dni, ot, życie. Ale nadal – nie będę nigdy narzekał na to, co robię.

M: Wróćmy na chwilę do Polski. Czy pamiętacie swój pierwszy koncert u nas?

A: Tak, w Warszawie! Pamiętam to miejsce. Nie pamiętam nazwy, ale wyglądało to jak wielkie pudełko. Betonowy kwadrat. No i pamiętam, że dziewczyny rzucały bieliznę na scenę. To w sumie jedno z moich ulubionych wspomnień [śmiech].

Poza tym byliśmy na koncertach w Polsce jakieś dwadzieścia razy: Kraków, Poznań, Szcz… przepraszam, nie jestem w stanie wymówić tej nazwy… [śmiech], Warszawa… graliśmy małe pokazy dla prasy, duże koncerty, poza tym znamy wielu Polaków mieszkających w Londynie. Często tu właśnie spotykamy fanów z Polski. Polska to miejsce gdzie odnieśliśmy duży sukces i równocześnie kraj, z którego płynie do nas ogromne wsparcie, więc zawsze chętnie tu przyjeżdżamy i występujemy.

M: A przyjeżdżacie do nas dopiero w lutym w ramach promocji “Surrender”. Właśnie, a propos nowej płyty, w porównaniu z poprzednimi jest ona jakby bardziej… taneczna? Mniej smutna, mniej mroczna. Dobrze kombinuję?

A: Myślę, że należy ją porównywać z poprzednim i przedostatnim albumem, które były bardzo mroczne. “The Road”, czy “Guilt” były piosenkami z ogromnym ładunkiem emocjonalnym. Myślę, że te piosenki już mroczniejsze być nie mogły, osiągnęliśmy w nich apogeum. Apogeum mroczności. No i kiedy już się osiągnęło ten poziom, nie ma drogi dalej. “Surrender” zawrócił nas jakby do połowy tej skali. To nie jest album taneczny, imprezowy. Jest owszem, kilka takich piosenek, ale jest kilka, które są bardzo melancholijne, emocjonalne, smutne. Myślę, że jest tu zachowany balans między radością i mrokiem.

M: Tak, na “Exile” nawet teledyski były bardzo… mroczne.

A: “Exile” było bardzo szczerym albumem. Taki też był nasz czas, w którym go tworzyliśmy: trudny, ciężki. Nie staraliśmy się udawać, że było dobrze, kiedy nie było. W naszym życiu nie działo się dobrze, więc ciężko oczekiwać, że nasze piosenki będą inne. Ale jesteśmy z tego dumni.

M: Ok, a co z inspiracjami? Były inne inspiracje do poprzedniego albumu, czy inspiracje są te same, zmienił się tylko punkt widzenia?

A: Myślę, że zmienił się punkt widzenia, a wzięło się to stąd, że przemierzaliśmy cały świat wzdłuż i wszerz. Podróżowaliśmy, odwiedzaliśmy rożne miejsca, w których powstawały poszczególne piosenki i mieliśmy z tego autentyczną przyjemność – co nie zdarzało się wcześniej. Co też definitywnie zmienia wymowę albumu.

M: A macie już wizję kolejnego albumu? Jakiekolwiek plany? Materiał?

A: Oczywiście, cały czas wybiegamy myślami w przyszłość. Na pewno będzie czwarty album. Wiesz, będziemy się cieszyć “Surrender” przez kilka tygodni, a potem już zaczynamy myśleć o kolejnym. Jak będzie brzmiał? Tam może być wszystko: może być mroczny jak drugi album, może będzie lżejszy… wszystko się może zdarzyć. To waśnie jest piękne w Hurts!

Wywiadywała: Maria Grudowska