Wywiadyprzemekhappysad

Wywiad z Kubą Kawalcem (Happysad)

Wywiadyprzemekhappysad

Wywiad z Kubą Kawalcem (Happysad)

“Chcieliśmy nagrać płytę brudną, niegrzeczną.”

Zbliżamy się do długo oczekiwanej premiery albumu “Jakby nie było jutra”. Konkretna data pojawienia się płyty na rynku była przesuwana. Z czego wynikały te problemy?

Historia jest skomplikowana. Gdy album był zarejestrowany już w całości, zalało nam studio. Doszło do awarii energetycznych, spaliły się dyski. Jedyne co mogliśmy zrobić, to czekać. Część materiału udało się odzyskać, natomiast resztę musieliśmy nagrać od nowa. To już zaburzyło pracę, bo płyta była nagrywana “na setkę”. Na szczęście podstawowe ścieżki, czyli bębny i bas udało się odzyskać. Wokale, część gitar i przeszkadzajki zrobiliśmy od początku. Po pierwotnym terminie premiery mieliśmy już pewne zobowiązania, które musieliśmy zrealizować, tak więc pracę z Marcinem Borsem siłą rzeczy musieliśmy odłożyć w czasie. To, co później się działo pokazało, że z jednej strony na płytę czekamy my, bo to w końcu nasze dziecko, ale czekają też fani. To bardzo budujące.

Jak się czujesz teraz, tuż przed premierą?

To najwspanialszy moment, bo jedynie zespół zna cały materiał. Nikt jeszcze nie narzeka (śmiech).

W zapowiedziach mówiliście, że to album, który zawsze chcieliście nagrać. Co się kryje pod tym stwierdzeniem?

Chcieliśmy nagrać płytę brudną, niegrzeczną. Mając komfort kilku wydanych albumów, mogliśmy pozwolić sobie na nagranie innego krążka, różniącego się od poprzednich. Wcześniej sami nieco się ograniczaliśmy, ale teraz mam poczucie, że się udało, choć dla pewnej grupy odbiorców ten album będzie zaskoczeniem.

Jak się układała współpraca z Marcinem Borsem?

Fantastycznie. To człowiek – kosmita, jeśli chodzi o budowanie aranży, o wizję płyty. Marcin wciągnął nas w ten album, zaraził swoim optymizmem. Wiedzieliśmy jaki materiał powstał, ale Marcin jeszcze go wzmocnił.

Słuchając utworu “Ciała detale”, zastanawiam się skąd tak zauważalny zwrot w kierunku elektroniki?

Zdaję sobie sprawę, że dla mniej zaangażowanych słuchaczy jest to nagły zwrot, ale na poprzedniej płycie już pojawiały się utwory o podobnym brzmieniu. To efekt naszych fascynacji, korzystamy z tego, co daje nam doświadczenie. Po pierwszej i drugiej płycie byliśmy w gruncie rzeczy zespołem półamatorskim. Jednak ten czas, który spędziliśmy na scenie pozwolił nam okrzepnąć. Pojawiły się chęci, aby szukać czegoś nowego.

W kolejnej kompozycji śpiewasz: “Tylko nie wiem czemu, mijają mnie tylko smutni ludzie”. Dziś trudno o optymizm?

Mam wrażenie ogromnego obniżenia nastrojów społecznych. Wydaje mi się, że za chwilę może to grozić jakąś wojną. Wszyscy zaczynają się kłócić, nienawidzić?

Nie buntujecie się?

Nie, raczej jesteśmy pogodzeni z losem.

Utarły się dwa stereotypy. Pierwszy, że happysad dociera głównie do ludzi dopiero dojrzewających. Drugi, że to zespół w pewien sposób przewidywalny. Nie boisz się, że nowa płyta, poprzez zachwianie tej przewidywalności, zostanie odebrana negatywnie?

Z każdym kolejnym albumem staramy się uciekać od tych stereotypów. Celem jest zawsze osiągnięcie pewnej zmiany, choćby poprzez współpracę z producentem czy wzbogacenie brzmienia o dodatkowych muzyków. Nagraliśmy pięć płyt i nie chcemy robić wciąż tych samych rzeczy. Zakładam, że ludzie mają pełne prawo do tego, żeby ten album im się nie podobał, ale to w żaden sposób nie może ograniczać zespołu, który chce smakować wolności artystycznej.

Wiosną odbyliście trasę upamiętniającą debiutancki album “Wszystko jedno”. To było dziesięć lat tłustych i gorących?

Myślę, że to dobre określenie. Te lata były maksymalnym tyglem emocjonalnym. Przyspieszaliśmy, czasami musieliśmy zwolnić, ale generalnie to był dobry czas. Coś, co w liceum czy na studiach traktowaliśmy jako hobby, stało się sposobem na życie. Początkowo to było marzenie, pojawiające się gdzieś tam z tyłu głowy, połączone z realizmem, że dlaczego akurat nam to ma się udać?  Nagrywając pierwszą płytę, mieliśmy zagranych może piętnaście koncertów.

Jednak kluby przyjmowały was z radością.

Tak, ale to nie stało się od razu po wydaniu płyty, choć rzeczywiście działaliśmy intensywnie. Mam wrażenie, że wszystko działo się tak szybko, że nie mieliśmy nawet na to wpływu, ale bardzo nas to napędzało.

Doszła jeszcze radiowa Trójka, która grała “Zanim pójdę” i “Łydkę”.

To prawda, nawet pamiętam, kto nas wtedy puszczał.

Zdradzisz?

Jeśli dobrze pamiętam, Agnieszka Szydłowska. Teraz jakoś nie po drodze Trójce z nami, ale to się może zmienić.

Ale stosunek do telewizji chyba się nie zmieni?

Format proponowany przez telewizję jest dla mnie uwłaczający. Idziesz do programu, siedzisz tam cały dzień, przeganiają cię z kąta w kąt, a wieczorem poświęcają ci piętnaście sekund, po czym występ zostaje przerwany gagiem prowadzącego. To jest moim zdaniem skandal,  który przeczy wszelkim prawom. Samo to, że trzeba skracać utwory do radia jest gwałtem na sztuce. Bardziej odpowiada mi zagraniczny model talk show, gdzie zespoły są zapraszane jako główni goście programu, a rozmowa porusza kwestie muzyczne. W Polsce tak naprawdę nie ma wartościowego programu muzycznego, ludzie nie wiedzą jak pracuje zespół, w jaki sposób robi się płytę, ile to kosztuje itd. Dostają jedynie końcowy produkt.

Szczęśliwi ci, którzy pamiętają czasy starego MTV.

Pewnie jeszcze tacy się ostali. Wiesz, my jako zespół nie mamy na co narzekać. Jednak jest mnóstwo obiecujących kapel, które na tym cierpią. A nie ma nic lepszego, niż móc wystąpić w programie prawdziwie muzycznym. Zamiast np. telewizji śniadaniowej, gdzie goście obok rozmawiają o miesiączce kota, czy problemach gastrycznych ludzi po siedemdziesiątce. Brakuje przestrzeni, żeby się skupić. Słuchając muzyki odpływam, nie jest ona dla mnie dodatkiem do jedzenia czy robienia zdjęć na portale społecznościowe. Są oczywiście stacje radiowe, które w pewnym stopniu ratują sytuację. Ale tylko w pewnym, bo nie mamy kultury radiowej z prawdziwego zdarzenia. Jest Trójka i stacje niszowe, które możemy znaleźć w sieci, ale to raczej szczątkowa materia.

Masz telewizor?

Od pięciu lat nie mam. I muszę powiedzieć, że jestem szczęśliwszym człowiekiem.

Od 2004 roku z najlepszej perspektywy obserwujesz publiczność. Przez ten czas przybyło aparatów nad głowami?

Tak, ale wiesz? Nam to nie przeszkadza, bo sami dojrzewaliśmy w tych warunkach. Choć głównie z tego powodu nie chcemy grać nowych utworów przed premierą płyty. Zdarza się tak, że piosenki tuż po koncercie pojawiają się w internecie.

Nie przeszkadza ci, że młode pokolenie czerpie wiedzę, także muzyczną, w głównej mierze z sieci?

Tego nie zmienimy. Jednak przeszkadza mi, że zbyt często szufladkujemy muzykę, a to bierze się z braku podstawowej edukacji muzycznej, choć nie chcę też generalizować.

Polski pop został dopiero niedawno odczarowany i nie kojarzy się już wyłącznie z tandetną muzyką.

To prawda, a przecież Beatlesi byli klasycznym zespołem popowym. Moim zdaniem ludzie, którzy są odbierani jako autorytety, powinni poruszać takie kwestie w mediach. Mamy też internet, za pomocą którego można mówić o pewnych sprawach. Warto to podkreślić, jesteśmy innym krajem niż pięć czy dziesięć lat temu, także muzycznie.

I nie mamy się czego wstydzić?

Absolutnie.

Zapraszaliście do współpracy wielu artystów m.in. Czesława Mozila, Indios Bravos czy Marcelinę. Pojawili się ostatnio muzycy, którzy szczególnie cię zainteresowali?

Na polskim rynku jest mnóstwo takich artystów.

Namówię cię na konkretny przykład?

Jestem absolutnym fanem zespołu Muchy. Są wybitni w tym co robią, naprawdę warto ich docenić.

Myślę, że nie będzie nadużyciem jeśli powiem, że Michał Wiraszko przypomina wokalem Grzegorza Ciechowskiego.

To prawda, choć wydaje mi się, że Michał zdaje sobie z tego sprawę i stara się gdzieś trochę od tego uciekać.

Jeśli już rozmawiamy o Muchach, oni także obchodzą w tym roku dziesięciolecie istnienia. Jakieś publiczne życzenia?

To zespół nieprzewidywalny, a przy tym już ukształtowany. W związku z tym, koledzy, spokojnej starości!

Wam życzyć tego samego?

Jasne.

I może trochę mniej tych smutnych twarzy. Dziękuję za rozmowę.

Dzięki!

Rozmawiał Tomasz Błaszkiewicz
fot. Justyna Hołubowska, Filip Chrząszczak