Wywiad z Lilly Hates Roses

Wywiad z Lilly Hates Roses

O planach na następną płytę oraz fenomenie młodej polskiej sceny alternatywnej.

Tomasz Błaszkiewicz: Wracacie jeszcze czasami do albumu “Something To Happen” ?

Kasia Golomska: Tylko czasami. Na początku to było duże zaskoczenie, że mogę siebie słuchać, byłam dumna z tego albumu.

Lubisz siebie słuchać?

Kasia: Może siebie nie do końca, ale lubię słuchać Lilly.

Jakie macie wnioski, kiedy po czasie włączacie tę płytę?

Kamil Durski: Kiedy nagrywaliśmy album, byliśmy w takim momencie naszego życia, że wszystkie emocje zmieściły się w siedmiu dniach nagrań. Sądzę, że byłoby to sztuczne, gdybyśmy mieli coś teraz poprawiać.

Kasia: Na tamten moment to było nasze sto procent.

W ostatnich miesiącach na popularności zyskują młode polskie zespoły np. The Dumplings czy Lilly Hates Roses. Skąd tak nagły boom?

Kamil: Myślę, że to jest trochę zmiana warty. Spora część publiczności nie chce po raz kolejny oglądać tych samych zespołów, które promują media masowe. Wydaje mi się, że polska publiczność poprzez półamatorskie lub profesjonalne, ale dopiero raczkujące portale muzyczne, zaczyna wyrabiać sobie gust, który nie wpasowuje się już w propozycje popularnych telewizji czy stacji radiowych.

Kasiu, kilka miesięcy temu zapytałem Cię, co będzie sukcesem “Something to Happen”. Odpowiedziałaś, że sukcesem jest sam fakt wydania tej płyty, a grając koncerty musicie ją obronić. Udało się?

Kasia: Bardzo często słyszymy, że na żywo brzmimy lepiej niż na płycie. To jest dla nas ogromny komplement i najlepszy dowód na to, że chyba nam się udało. Od wakacji zagraliśmy bardzo dużo koncertów, niemal w całej Polsce, było też kilka występów zagranicznych.

Kamil: Nie zagraliśmy chyba tylko w Grudziądzu (śmiech).

Udało się nawiązać kontakty, które procentują do dziś?

Kasia: Nasza scena alternatywna jest bardzo mała, raczej wszyscy się znają. Kiedyś wydawało nam się, że wszelkie kolaboracje między artystami narzuca wytwórnia, a tak naprawdę wszystko odbywa się w knajpach czy barach.

Kamil: Pamiętam taką sytuację, kiedy poszliśmy w Warszawie na koncert Patrick the Pan – naszego kumpla. Był też Dawid Podsiadło. W pewnym momencie w klubie zabrakło kabli, za chwilę Tobiasz z projektu Coldair poszedł do domu i przyniósł swoje. Później siedzieliśmy przy piwie i żartowaliśmy, że brakuje tylko Fismolla.

Kasia: W pewnym sensie jesteśmy taką sporą rodziną, czasami sobie pomagamy.

Kamil: Często też obgadujemy, że np. ci z The Dumplings jeżdżą po świecie (śmiech).

Faktycznie. Patrząc na ich wiek, jesteście już legendą polskiego folku.

Kamil: No tak, i pora na kolejną zmianę warty (śmiech). A mówiąc już zupełnie poważnie, to bardzo się cieszę, że są tak młode zespoły, które nie odgrzewają po raz kolejny coverów Farben Lehre, tylko tworzą muzykę, która jest świeża i nowatorska.

Wspomniałeś o graniu coverów. Brak własnego repertuaru to największy problem muzyków, którzy chcą się sprawdzić w talent show?

Kasia: Tworzenie własnej muzyki jest bardzo ważne, a często ludzie przychodzą do tego typu programów jedynie z umiejętnościami wokalnymi.

Kamil: Mam wrażenie, że wcześniejsze programy, takie jak Idol, były nieco szlachetniejsze. Bardzo dużo zależy od człowieka. Dąbrowska, Brodka czy Tomek Makowiecki radzą sobie świetnie. Wracając do współczesnych programów, Dawid Podsiadło dostał wielką szansę i ją wykorzystał, ale Gienek Loska już nie.

Swego czasu miałem okazję rozmawiać z Fismollem, który powiedział: Chciałbym w przyszłości wyjechać na zagraniczny festiwal i na pytanie: “Tworzysz znakomitą muzykę, skąd jesteś?”, móc odpowiedzieć: “z Polski”. Po czym wybrać się na ten festiwal po pięciu latach, spotkać kilka polskich zespołów i usłyszeć zapowiedź: Przed Państwem wystąpi? no przecież znacie ten klimat z Polski. Możemy być marką w Europie?

Kamil: Wydaje mi się, że potrzeba nam więcej czasu. Zjawisko festiwali, dużych koncertów jest w Polsce całkiem nowe. Powinniśmy dać ludziom oswoić się ze sceną alternatywną, choć nie uważam, żeby na przykład nasza muzyka była jakąś awangardową alternatywą. Zalicza się do popu, mniej popularnego.

Solowa płyta Artura Rojka również funkcjonuje w przestrzeni publicznej jako głęboka alternatywa.

Kamil: Rzeczywiście, a tak naprawdę jest to bardzo dobrzy zrobiony pop.

Kasia: Tak jak Mela Koteluk, Dawid Podsiadło albo Brodka.

Kamil: Świadomość muzyczna cały czas się kształtuje, bardzo dobrze, że jest coraz więcej festiwali. Dzięki temu ludzie mają więcej źródeł do poznawania muzyki, niż tylko dni miasta.

Kasia: Pewnie nie jest jeszcze tak, jak wszyscy byśmy chcieli, ale zmierzamy w dobrym kierunku.

Kamil, powiedziałeś niedawno, że będąc na dużych festiwalach wciąż przekonujesz się, jak dużo pracy jest wciąż przed Tobą. Stawiacie sobie jakieś cele?

Kamil: Staramy się być coraz mniej spontaniczni w naszym graniu. Jest kilku artystów, do których poziomu chcielibyśmy dojść w pewnym momencie. Czy to się uda, będziemy mogli ocenić dopiero z perspektywy czasu, kiedy zestawimy np. nasz drugi album z pierwszą płytą Low Roar.

Podczas ostatnich koncertów zagraliście kilka nowych piosenek. Druga płyta będzie utrzymana w podobnym klimacie do “Something To Happen” ?

Kamil: Raczej tak.

Kasia: Może nie będzie aż tylu smutnych piosenek.

Na pierwszym albumie śpiewaliście głównie po angielsku. Jak teraz rozłożą się proporcje?

Kamil: Podobnie, celujemy w dwie lub trzy piosenki po polsku. Nie ma w tym wyrachowania, zobaczymy jak rozwinie się sytuacja podczas nagrywania albumu. Pewnych piosenek nie da się stworzyć na dwa sposoby. Nie wyobrażam sobie “Głosów zza kwiatów” w języku angielskim, czy odwrotnie, “Youth” po polsku.

Kiedy płyta może pojawić się na rynku?

Kamil: Nie chcemy składać deklaracji. Liczymy, że zaczniemy nagrywać ją we wrześniu. Jeśli będziemy z niej zadowoleni, wtedy pomyślimy o podzieleniu się piosenkami z odbiorcami. Mamy ten komfort, że debiutancki krążek ujrzał światło dzienne stosunkowo niedawno, więc materiał, który gramy jest wciąż dość świeży.

Kasia: Musimy być absolutnie pewni tego, co chcemy stworzyć. Mogę zdradzić, że mamy przygotowanych już dziesięć utworów.

Model duetu nadal się sprawdza, czy będziecie chcieli wzbogacić swoje brzmienie?

Kamil: Zobaczymy jak nasze utwory będą się rozwijać podczas nagrań. Często współpracujemy z perkusistą. Mamy kilka piosenek, na których jest więcej instrumentów i szkoda z tego rezygnować.

Kasia: Czasami po prostu brakuje nam rąk, a nie chcielibyśmy, żeby forma była bardziej uboga. Ale sam model duetu pozostanie bez zmian. Występów z orkiestrą symfoniczną nie planujemy (śmiech).

Pewnie Katarzyna Nosowska dwadzieścia lat temu też tego nie planowała.

Kamil: Dobrze nam życzysz!

Czego jeszcze Wam życzyć? Oprócz koncertu na Islandii.

Kamil: To może koncertu w Stanach.

Kasia: I w Australii.

Rozmawiał Tomasz Błaszkiewicz

fot. Paweł Wroniak