Wywiad z Maćkiem Gołyźniakiem, perkusistą współpracującym z Brodką, Sorry Boys i Natalią Nykiel

Wywiad z Maćkiem Gołyźniakiem, perkusistą współpracującym z Brodką, Sorry Boys i Natalią Nykiel

Nie kultywuję zasady “bij swojego mistrza”. Kultywuję zasadę “szanuj swojego mistrza”.

W 2010 roku Maciej Gołyźniak nagrał z Moniką Brodką płytę “Granda”, uznaną przez naszą redakcję za najlepszy album ostatniego pięciolecia. Z Maćkiem spotkaliśmy się w Głównym Mieście w Gdańsku. To rozmowa o dążeniu do realizacji wielkiej pasji, motywacji, ale też strachu, który w kontekście niedawnych wydarzeń we Francji, odczuło całe środowisko muzyczne. - Nie mogę siedzieć, a z tyłu głowy czuć niepewność, że za chwilę coś może się wydarzyć. (…) Nikt we mnie tego strachu nie zaszczepi.

Tomasz Błaszkiewicz: W tym roku w polskich kinach furorę zrobił film “Whiplash”, opowiadający historię młodego i ambitnego perkusisty, który za wszelką cenę chce być najlepszy, a pomóc ma w tym surowy mistrz. Oglądałeś?

Maciek Gołyźniak: Tak, ale tylko raz i w pewnym sensie uważam to za recenzję tego filmu. Było w nim kilka kwestii, które mnie drażniły. Nie mam na myśli ani fabuły, ani sztuki filmowej sensu stricte. Nie znam się na tym. Rozumiem konieczność przerysowania, ale nie do końca chce mi się jednak wierzyć, że trzeba w aż tak drastyczny sposób realizować metody. Obaj wiemy, że są ludzie, którzy potrzebują mocnego kopnięcia w tyłek, ale nie wydaje mi się, żeby można było dopuścić do traktowania swoich uczniów w ten sposób. Te “filmowe” metody uważam za dyskusyjne. Poza tym, nie mam wrażenia, żeby był to film do końca dograny w szczegółach. Pewnie podobnie jest, kiedy strażacy oglądają filmy o strażakach, lotnicy o lotnikach, a wspinacze wysokogórscy o wspinaczach wysokogórskich, tak i muzyk widzący niemuzyka, grającego na jego instrumencie, zawsze wyłapie niuanse, które zwyczajnie się nie zgadzają. W tym pocie, krwi i pościeranych palcach widziałem raczej biednego, źle używającego swojej techniki muzyka, niż kogoś, kto ciężko ćwiczy. Ale nie czuję się autorytetem w tej kwestii. Mówię raczej o odczuciach.

A Ty miałeś swojego mentora?

Nie ćwiczyłem z nikim w sali prób, jeśli o to pytasz. Zawsze pracowałem sam, sporadycznie wymieniając doświadczenia. Za to dość szybko, jeszcze w studenckich czasach, rozbiłem się o dość poważną rafę, jeśli chodzi o akademickie uczenie. Zderzyłem się z uznanym profesorem.

Byłeś młody i gniewny?

Raczej zupełnie nie zostałem zrozumiany z moimi potrzebami, które wydaje mi się, jak na dziewiętnastoletniego chłopaka, miałem dość poważnie sprecyzowane. Dzisiaj myślę, że to się po prostu musiało stać. Że być może ten rodzaj zawodu był mi potrzebny. Poza tym, nie grałem wtedy dobrze, więc mogę mieć pretensje do siebie. Widać musiałem spotkać niewłaściwą osobę na drodze, żeby jeszcze bardziej zagryźć zęby i pójść w swoją stronę.

Zapytałem o początki, tymczasem po latach doświadczeń, teraz Ty stajesz się dla młodych ludzi mentorem. Prowadzisz warsztaty, fanpage, na którym motywujesz do pracy. Co Ci to daje?

Wspaniałą energię do własnego rozwoju, za cenę dużej odpowiedzialności. Spotykam się często z młodymi ludźmi – chociaż jak się okazuje – nie tylko, bo i z moimi rówieśnikami, a w Poznaniu pojawił się starszy ode mnie kolega. Zdarzają się też dziewczyny, co jest budujące. Na tych spotkaniach, przepraszam za kolokwializm, nie można pieprzyć głupot. Dlatego opieram się o własne doświadczenia. Za nie mogę odpowiadać. Akademicką wiedzę zostawiam tym, którzy potrafią ją przekazać na forum sali wykładowej, z którą praktyka, czy doświadczenie nie zawsze mają zastosowanie.

Gdy zaczynałeś, nie miałeś tak wielu szans rozwoju, które dziś mają młodzi ludzie. Nie było Internetu, w którym można znaleźć wszystko lub prawie wszystko. Zakładam, że te osoby, które przychodzą na Twoje warsztaty lub do Ciebie piszą, mają spore umiejętności. Mając narzędzia i talent, czego oczekują od tych spotkań, chodzi o wartość dodaną w postaci doświadczenia?

Mam nadzieję, że tak jest. Też długo zadawałem sobie to pytanie i dlatego wcześniej nie prowadziłem warsztatów. Na początku uległem namowom, a potem, trochę pod naporem dobrej famy, która się rozeszła wśród ludzi, zdecydowaliśmy się na kontynuację moich warsztatów. Z czasem dołączyła się do nas firma Istanbul Agop z Turcji, producent blach, na których gram. Rzeczywiście żyjemy w czasach bardzo szybkiej informacji. Właściwie tu i teraz, wyciągając telefon, możemy wiedzieć wszystko o wszystkich, zatem także o pewnych aspektach tego zawodu. Nie można jednak dowiedzieć się rzeczy najważniejszej, chodzi właśnie o doświadczenie. W Internecie mało kto odpowie ci na pytanie, a jeżeli wiesz jak chcesz je zadać, a potem potrafisz użyć tej wiedzy, to właściwie systematyzujesz wszystko to, co możesz znaleźć w Internecie. Uczenie to według mnie, operowanie tą wiedzą, którą się ma i tą wiedzą, którą chce się posiąść. Trzeba umieć planować, po omacku za daleko się nie pójdzie. Mam nieodparte wrażenie, że moim kolegom słuchaczom chodzi trochę o system pracy, o poskładanie do kupy tego mechanizmu, który suma summarum, składa się na pracę zawodowego muzyka. O ostateczne przekonanie, że możesz żyć z muzyki i nie odpowiadać babci co święta na pytanie, czy masz już jakąś siedzącą pracę, a najlepiej na umowę. O spotkanie kogoś, kto tej niełatwej tezy dowodzi. Rozumiem obawy młodych ludzi, którzy przychodzą do tego zawodu, często idąc za wielką, niepowstrzymaną pasją, bo zdarza się, że rzeczywiście grają znakomicie, mają świetne narzędzia pracy, ale jeszcze nie umieją ich wykorzystać. To tak jak samochodowy mechanik, który ma świetny warsztat po tacie, pełen świetnych narzędzi, tylko nikt do niego nie przyjeżdża, bo on zwyczajnie nie umie tego użyć.

A fanpage?

Szczerze mówiąc, to była jedna z moich najtrudniejszych decyzji, jeśli chodzi o około zawodowe kwestie. Miałem to nawet ostatnio na wspomnianym fanpagu napisać, ale może lepiej powiem to teraz – kilka godzin za bębnami jest prostsze, niż kliknięcie “publikuj”.

Dlaczego?

Bo cały czas mam z tyłu głowy takie pytanie: “A kim ty jesteś, żeby im mówić takie rzeczy?”.

Co przeważyło, że jednak publikujesz?

W zeszłym tygodniu byłem na kawie z przyjaciółmi i po jakimś czasie podszedł do mnie chłopak, który siedział dwa stoliki dalej. Powiedział: “Cześć Maciek, ja jestem ten i ten. Chciałem ci strasznie podziękować, świetna robota”. Widzisz człowieka pierwszy raz. W takiej sytuacji myślisz sobie, że nawet jeśli to jest jedna czy dwie osoby, których twoja praca interesuje, to warto. Wiem, że to duże słowa, ale odczuwam potrzebę spłacenia długu. Czuję ogromną wdzięczność za to, że mogę to robić. Że ci ludzie przychodzą na warsztaty, koncerty, że jest ich półtora tysiąca na Facebooku. Błagam cię, ja gram na bębnach, nie jestem popularnym wokalistą.

Co się stało, że w ostatnich latach środowisko perkusyjne odżyło, także medialnie? Pojawiają się pisma i portale branżowe. Niedawno odbył się też Warsaw Drum Festival, w którym zresztą wziąłeś czynny udział.

Mamy grono świetnych ludzi, którzy propagują grę na bębnach. Np. Maciek Nowak, naczelny Magazynu Perkusista, który w białych rękawiczkach spowodował, że Polska przestała być jakąś plamą na mapie, a zaczęła być kształtnym, ugruntowanym w środowisku, tak w wiedzy i doświadczeniu, krajem. Partnerem dla wielu firm i festiwali do współpracy. Dziś mamy mnóstwo fenomenalnych zespołów, które nikogo nie kopiują, robią swoje. Tak samo jest z muzykami. Uwierz mi, jest tu wielu światowej klasy muzyków. Mam wrażenie, że jesteśmy beneficjentami wielu lat pracy naszych rodziców. Dziś możesz wejść do każdego sklepu i właściwie ograniczają cię tylko pieniądze. Nie chcę robić z tego martyrologii, ale pamiętam czasy, kiedy nie było nic do kupienia, nawet gdybyś miał hektotony pieniędzy.

I to abstrahując od sprzętu muzycznego…

Absolutnie. Spotykamy się w niefortunnym momencie dla świata, bo parę dni temu wydarzyło się to, co się wydarzyło, ale patrząc szerzej, czuję że żyję takim życiem, jakim chciałem żyć. Niczego mi nie brakuje, nie muszę nikogo udawać, mogę robić to co kocham najbardziej i mogę z tego żyć. Raz lepiej, raz gorzej, jak w każdym wolnym zawodzie, ale gdybym teraz narzekał, byłbym bardzo nieuczciwy względem wielu ludzi, a już na pewno względem moich rodziców czy wcześniej, moich dziadków. Dzięki temu w jaki sposób żyli, ja teraz mogę robić to, co robię. Nie mówię o tym czy ktoś chciał, żebym to robił, czy też nie. Czy stać go było na pomoc taką czy inną. Chodzi wyłącznie o to, że ktoś stworzył mi do tego warunki. Mogłem wyrosnąć na kogoś, kim zawsze chciałem być.

Jest pewna grupa ludzi, która woli podejście opiekuńcze, zamiast wędki. W myśl zasady “bo mi się należy”.

Często się z tym spotykam w trochę innym aspekcie. Jest w muzycznej branży pojęcie “endorsement”, czyli wsparcie marki i tym samym muzyka. Wielu nam, nie chcę nikogo urazić, więc wrzucę do tego grona też siebie, wydaje się, że “się należy”. To błędne myślenie. Te mechanizmy działają na bardzo prostych, rynkowych zasadach. Żyjemy w czterdziestomilionowym kraju, gdzie złota płyta to 10 lub 15 tys.

Kiedyś było więcej.

Pamiętam czasy, kiedy trzeba było sprzedać setki tysięcy płyt, żeby zdobyć platynę. Jest pytanie, co dajesz w zamian firmie X z kraju Y, na której instrumentach grają najlepsi muzycy na świecie? Należy ci się tylko tyle, na ile sobie w danym czasie zasłużyłeś. To się wręcz wycenia na podstawie zasięgu twojej twórczości, ilości fanów, krajów które odwiedziłeś itp. To jak grasz, ma drugorzędne znaczenie. Nie wolno mieć pretensji, że urodziliśmy się w takiej czy innej sytuacji geopolitycznej. Nikt nam nie broni wsiąść w samolot czy pociąg. To jest wolność, której nie mieli nasi rodzice. To co możemy zrobić, to próbować kształtować swoje życie. I niczego nie oczekiwać. Dziś mam to szczęście, że żyję z muzyki, niech to trwa jak najdłużej.

Chcąc dotrzeć do młodych ludzi, musiałeś poradzić sobie z łatką perkusisty grającego muzykę popularną. Przed 2010 rokiem Monika Brodka kojarzyła się z programem Idol, radiowymi przebojami itd. Ci ludzie, którzy mają 18 lat, przechodzą bunt, nie bardzo chcą wchodzić do tego świata. Masz patent, żeby ktoś docenił Cię nie ze względu na to z kim grasz, ale jak grasz?

Nie chce nikogo do niczego przekonywać. Każdy może przyjść na koncert, zobaczyć i ocenić. Jeśli ktoś ma wątpliwości, nie namawiam, żeby przychodził. Tych którzy są otwarci na to, co może powiedzieć im inny człowiek, zapraszam serdecznie. Nie chcę przekonywać do tego, jakim jestem muzykiem, szczególnie, że nie uważam się za muzyka wybitnego. Zawsze było dla mnie ważne to, czy jestem szczerzy w wypowiadaniu się na instrumencie. Od kilku lat mam to szczęście, że nie muszę podejmować współpracy, która wymaga ode mnie rzeczy, których nie mam ochoty robić.

Skoro powiedziałeś “od kilku lat”, zakładam że kiedyś taka współpraca istniała. Na zasadzie “trudno, trzeba zacisnąć zęby”?

Nie. Ominęło mnie wiele rzeczy, które zgodnie uznalibyśmy za obciachowe. Niektóre z nich ja ominąłem. Nauczyłem się patrzeć na muzykę jako dobrze albo źle zagraną. Miałem to szczęście, że od młodych lat grałem z lepszymi od siebie muzykami. Facetami, którzy nagrali kluczowe albumy w kraju, więc nigdy nie musiałem zaciskać zębów. Mogłem garściami czerpać z ich doświadczenia. Patrzeć jak wygląda profesjonalista przy pracy. Od zawsze chciałem robić swoje, pracować na choćby namiastkę własnego stylu. Może to są duże słowa i ktoś wyłączy teraz ekran komputera, ale mam właśnie taką ideę pracy. Chciałbym rozwijać siebie wokół własnego klucza. Nie mówię tu o rewolucji, bo wszystko zostało już dawno zdefiniowane. Elvin Jones, Tony Williams, John Bohnam, że wymienię tylko kilku, definiują style po dziś dzień. Ale potrzeba tworzenia w człowieku jest ogromna, dlatego wciąż, każdego dnia objawia się ktoś, kto śmiało i bez kompleksów, korzystając z doświadczeń stara się wcisnąć cząstkę siebie w to “dziedzictwo”, które zostawili najwięksi. Zredefiniować choćby jeden element, “mieląc” go własnym postrzeganiem muzyki. Wkładając w to swoje serce i swoje myślenie, tworząc na bazie dziesiątków lat historii, swój własny unikalny styl. To jest moje największe marzenie, idee fix na miarę skali, w której się poruszam. Jeśli ktoś czasami mówi mi: “Stary, to jest takie twoje”, jest to dla mnie największa nagroda.

“Granda” nagrana z Brodką była kamieniem milowym w Twojej pracy?

Na pewno. Nagraliśmy wspólnie płytę, która najpierw solidnie namieszała, a potem otworzyła drzwi wielu artystom, którzy do tej pory nie mogliby się przebić do mainstreamu. Nagle okazało się, że ludzie chcą słuchać ambitniejszej muzyki. Z elementami folkloru, z innym, świeżym pomysłem. Jeśli pytasz o kamienie milowe, nie bez znaczenia były też moje przenosiny do Warszawy. Jechałem pełen tak nadziei, jak i obaw. Przenosisz cale swoje życie z pięknego, ale nie tak prężnego miasta.

Łatwiej zmienić życie mając 18 lat, niż będąc dorosłą osobą…

Tak i poczytuję sobie to jako jeden z najodważniejszych kroków jakie zrobiłem w życiu. Być może dla kogoś to jest tylko przeprowadzka, dla mnie było to zerwaniem z wygodnym życiem. Z jednej strony grałem wszystko i nic zarazem, pozornie pączek w maśle.

Jak to?

W Toruniu grałem właściwie dyżurnie, na zmianę z kilkoma kolegami. Wszystko co fajne, wpadało w ręce. Miałem doświadczenie przeróżnych stylów, artystów z którymi pracowałem, łącznie z festiwalami. Ale ponieważ z doskoku realizowałem już pewne rzeczy, jeżdżąc do Warszawy właściwie regularnie, w którymś momencie nie było sensu tego ciągnąć. Muszę powiedzieć, że dość wcześnie zacząłem grać na instrumencie “zawodowo”. Na początku łączyłem to z innymi rzeczami, ale w moim przypadku nie mogło się to udać. Jestem człowiekiem, który oddaje się czemuś w pełni albo wcale. Rozmawiając teraz tu z tobą, doszedłem do wniosku, że gra na instrumencie i w ogóle muzyka jest podstawą mojej egzystencji. Jedyną odskocznią poza bliskimi, domem, jest kuchnia.

To byłaby alternatywa?

Wiele osób mówi mi: “otwórz knajpę”. Odpowiadam w sposób na ten moment najbardziej logiczny, że z jednej największej pasji w życiu zrobiłem już pracę i wielokrotnie próbowało mnie to już zabić. Chyba nie chciałbym robić czegoś, co jest dla mnie języczkiem u wagi, który determinuje równowagę w moim życiu. Jestem bardzo oddany muzyce, dlatego całym sobą wchodzę w konkretne projekty. Przez to, ewentualne niepowodzenia bolą mnie po stokroć. Jeśli jest się w czymś całym sobą, to całym sobą odczuwa się to odium obawy.

Podejście na sto procent do swojej pracy jest na pewno uczciwe, ale i ryzykowne. W przypadku straty, jakiegoś kataklizmu, który nie pozwala Ci już realizować największej pasji, zostajesz na lodzie.

Być może to, co jest moim 100 procent, dla kogoś innego to zaledwie 30 procent. Spotykam ludzi, którzy mówią: “W życiu nie będę tak grał”. Ja się wtedy poważnie obruszam na takie myślenie, bo nie widzę barier dla samorozwoju. Jestem w stanie zrozumieć to, że jeśli ktoś ma 150 cm wzrostu, prawdopodobnie nie zostanie koszykarzem NBA, choć i takie przypadki się zdarzały, natomiast nigdzie nie jest powiedziane, że nie możesz poświęcić instrumentowi dowolnej liczby czasu. Czytałem kiedyś książkę, nigdy nie pamiętam jej tytułu, z której wynika, że aby opanować daną umiejętność, musisz ćwiczyć przez 10 tys. godzin. To było sprawdzone na przykładzie filharmoników wiedeńskich albo berlińskich. Każdy z nich zapytany, ile pracy włożył w grę na swoim instrumencie, żeby poruszać się na takim poziomie, po krótkim przemyśleniu odpowiadał, że to było x lat szkoły, a potem kolejne lata konserwatorium. Wychodzi 10 tys. godzin. Ja nie widzę granicy, szczególnie w tak manualnej czynności jak gra na instrumencie, przy której mogę powiedzieć: “Ok, umiem wszystko”. Dla kogoś tym “wszystkim” jest zagranie przez kilka godzin na weselu, ktoś inny cieszy się, że potrafi zagrać niezły koncert, a kolejny, że spędza mnóstwo czasu w sali prób i to go niesie przez życie. Chodzi tylko o to, żeby zrobić to jak najlepiej.

Wspomniałeś, że zacząłeś grać stosunkowo wcześnie. Wiek ma znaczenie, czy liczy się tylko moment, w którym poukładają się klocki w głowie i przyjdzie świadomość?

Chyba trzeba to puścić wolno. Dobrze jeśli są rodzice, którzy cię wspierają, są pierwszymi odbiorcami. Ale nie ma pewności, że to się musi udać, nawet jeśli zostaniesz wyposażony w najlepszy sprzęt i ktoś zadba o twoją wiedzę. To kwestia tylko własnego samozaparcia, własnej świadomości pracy, tego co się chce osiągnąć. Myślenia dużym obrazkiem. Nigdy nie interesowało mnie stwierdzenie “damy radę”.

Można być spełnionym muzykiem?

Zależy co kogo spełnia. Jeśli 200 koncertów rocznie, to może być trudno o spełnienie. Warto pamiętać, że to, czy wykonasz najlepiej jak umiesz swoją pracę, zależy tylko od ciebie. I ta świadomość, że zagrałeś na sto procent na pewno daje spełnienie.

Pamiętam wiosenny koncert Sorry Boys w Sopocie. Podchodzili do Ciebie ludzie, którzy chcieli Cię poznać, przybić piątkę, porozmawiać o konkretnej umiejętności. Co Ci dają takie spotkania?

Człowiek jest próżny z natury, więc w pierwszym odczuciu mam wielką satysfakcję, że ktoś mnie w pewien sposób wyróżnia, a zaraz potem myślę sobie: “Kurde, oni naprawdę tego słuchali, robi to na nich wrażenie”. Oczywiście, nie robisz tego dla wrażenia, bo byś sczezł, siedząc i knując, co tu zrobić, żeby się podobać. Lubię koncerty, ale mam wielki głód nagrywania, bardzo lubię pracować w studio. Mierzę się tak jak każdy, niezależnie od branży, z pewną gębą, która się ciągnie za mną. Z taką klasyczną, gombrowiczowską. Ludzie gadają, nic nie poradzisz. Codziennie zmagam się z tym, że chciałbym robić więcej, a wiem, że z jakiegoś powodu tego nie robię. Nie zawsze chodzi o to, że czegoś nie umiesz, czasami po prostu nie należysz do pewnego kręgu i nigdy się znajdziesz się w studio z tym czy innym, bo ludzie często dobierają się nie tylko na bazie umiejętności, ale i aspektów natury towarzyskiej.

Jesteś otwartym człowiekiem?

W ogóle nie jestem towarzyski. Być może robię takie wrażenie, bo bardzo szybko skracam dystans, ale tylko w stosunku do tych, których chcę do siebie dopuścić. Kiedy mam przeświadczenie, że możemy wnieść coś w swoje życie.

Spinając klamrą naszą rozmowę, co zrobić, żeby pasja nie przerodziła się w obsesję w dążeniu do doskonałości?

Wydaje mi się, że dążenie do doskonałości wszystko zabija. Że istotą jest być lepszym niż wczoraj, a nie zawracać sobie głowę doskonałością. Odbiera to satysfakcję z tego, co się robi. Myślę, że zawsze znajdzie się ktoś, kto daną czynność robi lepiej niż ty. Czasem po prostu miałeś więcej szczęścia. Nie chcę wpaść w pułapkę wyścigu z kimkolwiek. Jestem jedynym punktem odniesienia do własnego rozwoju. Inni są tylko przykładem tego, dokąd można dojść. Wzorem. Nie kultywuję też zasady “bij swojego mistrza”. Kultywuję zasadę “szanuj swojego mistrza”. Takich mistrzów mam zresztą mnóstwo.

Będąc osiemnastolatkiem chciałeś, żeby dowiedzieli się o Twoim istnieniu?

Ktoś kiedyś powiedział, że sukces jest wtedy, kiedy twoi idole stają się twoimi przyjaciółmi albo kiedy zaczynają gonić ciebie. To drugie mi raczej nie grozi, bo idole, których mam to wybitni muzycy. Ale mam to szczęście, że z większością z nich mogą usiąść przy kawie i sprawiają wrażenie, że mogę pogadać z nimi jak równy z równym, mimo że są lata świetlne stąd. W tym kontekście to jest dla mnie sukces, że dziś są moimi kolegami. Nie dlatego, że o to zabiegałem, że wysyłałem zaproszenia na Facebooku, tylko dlatego, że zdarzało się, że przychodzili i mówili: “Stary, świetny koncert, bardzo mi się podobało”. Dla mnie to jest dowód, że za tymi chaszczami, przez które się przedzieram, jest światło.

Co czujesz, gdy widzisz takie wydarzenia jak w Paryżu? Gdy lata ciężkiej pracy, pewnie wyrzeczeń, mogą mieć za chwilę swój koniec, bo świat jest źle urządzony?

Mam niewielki wpływ na ten świat, poza częścią, w której funkcjonuję. We własnym systemie wartości rozstrzygnąłem to już dosyć dawno, boję się tylko o zdrowie i życie moich bliskich. Reszta rzeczy, proszę cię… Można oberwać ulicę stąd, potknąć się na krawężniku, rozbić głowę i skończyć żywot w sposób tak banalny, że szkoda gadać. Mieszkałem w dość podłej dzielnicy Torunia i był taki moment, w którym zrozumiałem, że codzienne oglądanie się za siebie, wiesz, czy nie dostanę gdzieś w nos, do niczego mnie nie doprowadzi. W pewnym momencie spacyfikowałem ten strach przed kolegami osnutymi wielkimi legendami. Okazało się, że to tacy sami kolesie jak ja, tylko mają szybszą prawą rękę. Wiem jedno, nie chcę dopuścić do siebie narzędzia terroru, jakim jest strach. We wszystkich aspektach, nie tylko tych około militarnych. Wyznaję zasadę, co ma być to będzie. Ja mam zagrać najlepszy koncert jaki umiem. Nie mogę siedzieć, a z tyłu głowy czuć niepewność, że za chwilę coś może się wydarzyć. Nie taka jest istota mojego życia. Istotą jest szczęście, a strach jest jego antytezą. Nikt we mnie tego strachu nie zaszczepi.

Rozmawiał: Tomasz Błaszkiewicz

Fot. Justyna Hołubowska